Czas pędzi nieubłaganie. W każdej wolnej chwili gdzieś jeździmy. I tylko czasu brak, by to wszystko ładnie opisać. Kończymy właśnie zwiedzanie krainy wielkich jezior na północ od Sydney, a już we wtorek ruszamy w kolejną podróż – przez lądy i morza – do domu, do Polski
Pewnie by szybciej szło opisywanie naszych przygód, gdybym miała większe wsparcie w Kubie, ale się chłopak wypalił z braku feedbacku od czytelników. Tak więc zachęcamy – komentujcie
To nam naprawdę dodaje skrzydeł.
A tymczasem, by nie zwlekać i choć trochę zaległości nadrobić, kilka słów o Wyspie Kangurzej.
Australijski “mainland” ma bardzo dużo ciekawych zakątków do zaoferowania, ale równie fascynujące są liczne wysepki otaczające kontynent. Czas najwyższy osobiście zbadać co mają do zaoferowania. Zabraliśmy się zatem promem na Wyspę Kangurzą, która znajduje się o kangurzy skok od Adelajdy. Sama przeprawa trwa raptem pół godzinki. Dotarliśmy tuż przed zachodem słońca, głodni jak wilki i ciekawi co ten zwierzęcy raj nam pokaże:-) A że ma co pokazać, wiedzieliśmy choćby z takich reklamówek jak ta:
Niestety walczących o przywództwo kangurów nie udało nam się wypatrzyć, ale rzeczywiście wyspę zamieszkują licznie różne australijskie zwierzaki. Pierwszym punktem programu naszej wycieczki był “Koala Walk”, spacer alejką eukaliptusową. Misie zaszywają się najczęściej w gęsto obrośniętych liśćmi partiach drzew i nie łatwo je zauważyć. Ogromną radochę zrobił nam młody koala, który ruszył w poszukiwaniu jedzenia na inne drzewo, po drodze prezentując jaki zwinny i skoczny potrafi być ten na ogół leniwy zwierz. Nacieszywszy się widokiem koali a także całej masy przeróżnych papug i wypoczywających w cieniu kangurów, ruszyliśmy dalej – w stronę ikony Wyspy Kangurzej: Remarkable Rocks. Jak na placu zabaw skakaliśmy i wspinaliśmy się po skałach. W pięknym słońcu lazur morza odcinał się genialnie od pomarańczowej skały i soczyście zielonej trawy. I jak to bywa w Australii w trawie zawsze coś piszczy, coś się wije i syczy. Tym razem wielki jaszczur nam się ukazał. Przeszedł jezdnię i znowu zniknął w buszu. No dobra, jedziemy dalej – tym razem na celowniku Łuk Admirała – Admirals Arch. Tylko jakoś podejrzanie śmierdzi, coś nie tak z admirałem lub jego załogą. Focza okazała się to sprawa. Zapachami raczyły nas aż trzy rodzaje fok: australijskie, nowozelandzkie (jedne były brązowe drugie czarne, tylko nie pamiętam które były które) i oprócz tego białe lwy morskie. Do tego do towarzystwa dołączył jeszcze czarny wąż tygrysi (tak, tak wiemy, jest śmiertelnie jadowity, ale przecież nie wchodziliśmy sobie w paradę).
Czas się kurczył a park narodowy Flinders Chase możnaby śmiało jeszcze kilka dni zwiedzać. Każdy z nas chciałby inny zakątek, inny szlak, ale autko wspólne więc trzeba było negocjować. Trochę mi smutno, że nie poszliśmy szukać dziobaków (ang. platypus). Nie daruję sobie, jeśli jakiegoś nie znajdę w Australii (podobnie się tyczy wombatów!!!). No ale stanęło na tym, że poszliśmy w kierunku Laguny Węża. Przedzierając się przez krzewy, skacząc wokoło strumyka jeszcze miny mieliśmy średnie, bo polecono nam tę trasę jako najbardziej urokliwą, a tu nic nadzwyczajnego (trochę już fajnych tras w Australii pokonaliśmy, więc poprzeczka wysoko jest postawiona). Gdy jednak dotarliśmy do celu, buzie nam się roześmiały. Piękna plaża i to w dodatku bezludna (większość turystów zwiedza nadal Remarkable Rocks albo penetruje krótsze, lżejsze szlaki). Cudnie się pobyczyć na plaży w pełnym australijskim słoneczku. A Wyspa Kangurza ma plaż całkiem sporo. Niektóre wprawdzie mniej zadbane, ale możemy śmiało polecić Emu Bay czy Pennington Bay. Na żadnej z nich zbyt wielu plażowiczy nie zastaliśmy, za to można było się zdrzemnąć i podładować baterie na słońcu. Co do wartych zobaczenia a niezbyt popularnych atrakcji Wyspy Kangurzej, naprawdę świetne wrażenie zrobiła na nas Mała Sahara. Trochę przypominająca wydmy w Łebie, tylko na większą skalę. Dość ciężko tam trafić, bo w przewodnikach rzadko o niej piszą a drogowskazy są nieczytelne. No ale dość pisania, miało być w paru słowach a wyszło jak zawsze
Dodam jeszcze parę fotek, a Wy dodajcie komentarze, proszę







































































































































