6 Dec

3G czyli gejzer, góry i grzbiety klifów

Kolejny weekend z piękną pogodą, czas na przygodę. Tym razem obmyśliłam ambitny plan górskiej wycieczki rowerowej w okolicach słynnej Kiamy [czyt. Kajamy]. Miasto to położone dwie godziny drogi na południe od Sydney sławę zawdzięcza dzięki spektakularnym gejzerom morskim [ang. blowhole]. Ich urok jednakże wymaga specyficznych warunków pogodowych, a mianowicie najlepiej jeśli porządnie wieje, a niebo pozostaje słoneczne i bezchmurne. Ponieważ ambitny plan A zakładał zwiedzenie Kiamy a następnie pokonanie 2 gór w jej pobliżu (dystans ok. 80 km) ruszyliśmy skoro świt by mieć zapas czasu na pokonanie trasy. Nie zrażając się godzinnym oczekiwaniem na pociąg, po kolejnych dwóch dotarliśmy pod sam niemal gejzer. Nie ma to jak zerwać się o 5 rano w sobotę i spędzić godzinę na peronie :/

W międzyczasie wstało słońce i zerwał się wiatr. Warunki idealne – to, co gejzery morskie i ich fani lubią najbardziej. Przyznaję, że trochę się obawiałam, nastraszona opowieściami znajomych, którzy wybuchy w gejzerze mieli okazję zobaczyć dopiero przy drugiej czy trzeciej wizycie w Kiamie. Nam udało się to już za pierwszym razem :-). W pełnej krasie z wydrążonej w skale dziury wystrzeliwał co kilka minut słup wody budząć zachwyt i piski zgromadzonych wkoło turystów. Nacieszywszy się pokazem jaki dawała nam matka natura, ruszyliśmy dalej, oczywiście pod górę…

Pierwsza z gór na naszej drodze, o rowerowo przyjaznej nazwie Saddleback Mountain, wymagała pedałowania przez 6 km pod górę, podczas których z poziomu wielkiej wody wspięliśmy się na wysokość 600 metrów n.p.m. Nie będę ukrywać, że mimo regularnie pokonywanych tras w Sydney, podjazd ten dał mi zdrowo w kość. Zwłaszcza, że nie miałam szansy się rozgrzać, bo pierwsze wzniesienie i to okrutnie strome znajdało się raptem niecałe pięć minut jazdy od gejzeru! By nie było za lekko palące słońce wgniatało wręcz w asfalt.
Z wywieszonymi językami mijaliśmy kolejne łąki i leniwie pasące się na nich Sama nie wiem jak ale po godzinie męczarni (która dla mnie wydawała się wiecznością) udało nam się zdobyć szczyt (moich możliwości :) ). Cudownie było pokonać kolejne kilometry bez potrzeby pedałowania. Pędziliśmy na złamaniekarku, jak szaleni poprzez porastający górę las a naszą drogę przecinały co rusz to kolorowe papużki śmigając w tę i na zad. Muszę przyznać, że warto było się wspinać, by przeżyć te parę minut zjazdu w buszu pełnym barwnych ptaków, próbujących się z nami ścigać w locie. Opuściwszy las porastający czubek góry naszym oczom ponownie ukazała się sceneria agroturystyczna. Mijaliśmy pasące się krowy i konie. Wsi spokojna, wsi wesoła… Sielanka pełną gębą! Dotarwszy z powrotem do poziomu morza, oceniłam marnie swoje szanse na pokonanie kolejnej góry, zwłaszcza, że podjazd miał być jeszcze dłuższy i wymagający wspięcia się na poziom 800 m n.p.m. Mam szczerą nadzieję podreperować kondycję i wrócić na tę trasę, zwłaszcza, że ponoć można po drodze spotkać żyjące w naturze wombaty! Zawróciliśmy do Kiamy, by w piękne słoneczne popołudnie nabrać energii poprzez porządny posiłek i krzepiącą drzemkę.

Plan A legł w gruzach, przeszliśmy do planu B (czyli planu Kuby – “B” = brak planu). Jednym ze wspanialszych aspektów bycia w Australii jest fakt, iż nie trzeba być tutaj specjalnie przygotowanym ani mieć przy sobie mapy okolic, które się zwiedza. Jeśli w pobliżu znajduje się wyznaczony szlak pieszy czy rowerowy, jest on tak dokładnie oznakowany i prowadzi do niego tyle strzałek, tablic i drogowskazów, że naprawdę trudno go przeoczyć. Piękne jest też to, że rzadko kiedy chuligani demolują tabliczki informacyjne, a jeśli się już taki incydent zdarzy, zostają one zastąpione nowymi. W każdym razie i tym razem na naszej drodze zauważyliśmy oznakowania szlaku wijącego się grzbietami klifów w kierunku miejscowości Minnamurra, skąd mogliśmy złapać dalej pociąg do Sydney.

Wprawdzie znowu pod górkę, ale klify przy pokonanej przedpołudniem górze to pestka. No i ten widok wijących się aż po horyzont złotych plaż otoczonych skalnymi urwiskami działa zdecydowanie motywująco! Pierwsza na naszej drodze znalazła się plaża Bombo, za którą wgłąb morza wciska się cypel o tej samej nazwie. W okolicy tej na przełomie XIX i XX wieku wydobywano “blue metal”, który następnie wykorzystywano do budowy m.in. torów kolejowych łączących Kiamę z Sydney. Po pracach tych pozostały widoczne do dziś, ludzką ręką ciosane bazaltowe ściany klifów. Bombo Headland jest też jedną z popularniejszych scenerii służących twórcom reklam za krajobraz księżycowy. Wydostaliśmy się z kamieniołomów minęliśmy lokalną katedrę (skałę o tej nazwie i kształcie). Kolejna plaża, kolejny cypel… Trasa prowadziła spokojnymi uliczkami, z dala od tłumów i zgiełku. Gdy zbliżaliśmy się już do Minnamurry jako nagroda za nasze trudy czekała nas niespodzianka – wspaniała widokówka: po prawej wyspa Rangoon a tuż obok ujście rzeki, przez którą autochtoni brodzą by dostać się na plażę Mystics.


5 thoughts on “3G czyli gejzer, góry i grzbiety klifów

  1. To jest bajka, mimo że siedze w pracy to nogi mi się ugięły i dech zaparło w piersiach. Nie mam słów …. raj … raj ….

  2. Mikołajkowe usciski dla Was:)ho, ho, ho
    znów Was przeczytałem jednym tchem..no i usmiechnąłem się czytając o niezawodnym Kuby planie B:) przynajmniej zawsze się sprawdza!
    macie już niezwykły zbiór stop-klatek:))

  3. błękit i soczysta zieleń nieźle dają po oczach w ten szaro-bury poznański dzień…

  4. Czy to na pewno dokumentacja z Australii?? Wow, toż to zupełnie krajobrazy jak ze Szkocji, Irlandii czy Szwajcarii! No tak, ale tubylcy też używają mleka i gdzieś te krowy muszą pasać 😉 Gejzery wodne takie sobie, ale Waszej trasy z góry wśród tych łąk zielonych i wyścigów z papugami Wam zazdroszę. A wjazd na 600m npm – czapki z głów…
    Dajcie trochę zdjęć tych papużek i innego ptactwa, bo to u nas tylko w ZOO…
    Buziaki
    mama Skitka

    1. Ciekawe skojarzenie. Nasz współlokator Szwajcar oglądając te zdjęcia też skomentował, że kojarzą mu się z ziemia ojczystą. Mimo wszystko zaprzeczamy. To nadal Australia :) Kolejne jej oblicza odkryjemy i udokumentujemy już wkrótce :)))

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>