20 Jul

Long story short….

Serpentyny nadmorskie porzuciliśmy na chwilę na rzecz serpentyn górskich. Powolutku, pomalutku wspięliśmy się do miejscowości Thredbo położonej w Górach Śnieżnych. Tą zakręconą drogą kursują regularnie autobusy pasażerskie. Przy jednym z niebezpiecznych odcinków znajduje się pomnik ku czci kierowcy, który pracował na tej trasie przez 28 lat, do czasu, gdy zginął wykonując swoje obowiązki. Doturlaliśmy się do Thredbo, skąd następnego dnia ruszyliśmy na podbój najwyższego szczytu w Australii – Góry Kościuszko (czyt. Kozjosko). Chodzenie po górach nauczyło nas jak się do takich wypraw przygotowywać. Porządne buty, bluza, kurtka na wypadek zmiany pogody, zapas wody i prowiantu. Tak więc i tym razem podeszliśmy do wyprawy poważnie. Ku naszemu zdziwieniu na trasie mijaliśmy Australijczyków w ich ukochanych klapkach, szortach i t-shirtach (dotyczy również australijskich rodzin z małymi dziećmi!). Z doświadczenia wiedzieliśmy już, że możemy liczyć na świetnie oznakowaną trasę i mapa nie jest nam potrzebna (choć i tak jakąś na wszelki wypadek mieliśmy). Szlak na Górę Kościuszki rzeczywiście przerósł nasze oczekiwania. Na całości drogi położony był chodnik (metalowa kratownica na nóżkach unoszących ją kilka-kilkadziesiąt centymetrów nad ziemią, tak by woda swobodnie przelewała się poniżej, gdy topnieją śniegi i by turyści suchą stopą obutą w klapek mogli dotrzeć na szczyt). Nie było potrzeby skakania na skałach, uważania, by źle nie stąpnąć, czy unikania poślizgu na błocie. Dotarcie na 2228 m n.p.m. de facto nie wymagało żadnego fizycznego przygotowania. Nie dziwi więc, że na taki spacer wybierały się rodziny z małymi dziećmi i osoby starsze. Veni, Vidi, Vici…. Mt Koziosko zaliczone:-) Co więcej nawet śnieg widzieliśmy i dotknęliśmy, a to koniec grudnia był, czyli najgorętszy okres w roku. Ku naszemu wielkiemu zdziwieniu w nocy temperatura spadła do zera i rano trzeba było szyby w aucie skrobać. Ha! Taką nam zrobiła niespodziankę Matka Natura w samym środku lata.

Z Gór Śnieżnych ruszyliśmy do Canberry, a następnie zaliczyliśmy kąpiele słoneczne w Batesman Bay i Jervis Bay, które słynie z plaż z najbielszym piaskiem na świecie. Plaże rzeczywiście urokliwie. Biel piasku cudnie odcina się od lazuru morza (w szczególności w tak piękne słoneczne dni jakie mieliśmy). Wygrzaliśmy się do oporu i ruszyliśmy w stronę zachodzącego słońca. Jeszcze tylko na chwilę zboczyliśmy w kierunku Kangaroo Valley, do której docierało się krętą górską drogą gęsto porośniętą drzewami paprociowym. Posililiśmy się w lokalnej knajpce i w ciemnościach grudniowej nocy z uśmiechami na buziach wróciliśmy do Sydney, do naszej “szarej” rzeczywistości.

6 thoughts on “Long story short….

  1. Ale jazda! wyciąg krzesełkowy dla rowerzystów – to idealna rzecz dla mnie, bo nienawidzę wjeżdżać pod górkę.

  2. Wspaniała byłą ta wyprawa i Wasza relacja o całej trasie…… Ach, mieć to za sobą – uczucie kt órego nikt Wam nie zabierze…

  3. Jakie tam są temperatury, że się śnieg trzyma i że można na nim w krótkich spodenkach siedzieć?

    1. Aguś w Australii nie ważne czy zimno czy nie, po australijsku jest chodzić w klapkach i szortach;-) W okresie, gdy zwiedzaliśmy Góry Śnieżne u stóp gór było przyjemne dwadzieścia parę stopni, ale na szczycie już raptem tylko kilka stopni na plusie. A w nocy temperatury spadały do zera (stąd też niespodziewana potrzeba skrobania szyb w aucie nad ranem). A swoją drogą Kuba tę górską wspinaczkę w szortach odchorował.. Jednak jeszcze nie jest z niego taki Ozzie:-)

  4. Czy spotkaliście na górze Kościuszki jakiegoś Europejczyka albo Polaka? Niezależnie od wszystkiego trasa, okolice i widoki przewspaniałe!

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>