9 Jan

Park Narodowy Kakadu – czerwony jak cegła, rozgrzany jak piec…

Top End czyli najbardziej wysunięty na północ zakątek Terytorium Północnego jest przez wielu globtroterów wychwalany jako jeden z najciekwaszych regionów w całej Australii. W szczególności jako perełki wymieniane są tutejsze parki narodowe: Kakadu oraz Litchfield. Skoro tak wszyscy chwalą, trzeba sprawdzić na własne oczy. Bazą wypadową Top Endu jest miejscowość Darwin, która sama w sobie nie ma zbyt wiele do zaoferwania. Mieszkała w niej za to Shoko, która z chęcią dołączyła do nas na część wyprawy. Zgraliśmy się zatem tak, by na weekend wybrać się w trójkę do Kakadu. Sezon turystyczny w tej części Australii jest bardzo krótki, raptem od maja od września (krótki jak na Australię). Przez resztę miesięcy panują tu koszmarne upały a pora deszczowa przynosi ze sobą gwałtowne burze, cyklony i jeszcze cięższe do zniesienia chmary much i komarów. Oba parki Kakadu i Litchfield słyną m.in. ze wspaniałych wodospadów, które oczywiście najlepiej prezentują się w porze deszczowej. Żeby je jednak wtedy obejrzeć trzeba często pokonać zalane drogi. Nawet w porze suchej do wielu miejsc nie da się dotrzeć bez samochodu z napędem na cztery koła. W porze deszczowej samochód nie tylko musi mieć 4WD ale także snorkle. My na naszą pierwszą wyprawę na północne kresy wybraliśmy się w drugiej połowie września czyli na samiutki koniec pory suchej. Od Shoko wiedzieliśmy, że już powoli zaczynają nadciągać komary i muchy. Do bagażu wrzuciliśmy spray na owady i krem do opalania i ruszyliśmy. Ahoj przygodo!
Wylądowaliśmy w Darwin w środku nocy z piątku na sobotę. I mimo nocnej godziny uderzyła nas fala gorącego wilgotnego powietrza. Dwadzieścia parę stopni. W najzimniejsze zimowe dni temperatura w Darwin spada do 20 stopni. Choć zimą potrafi tu być również trzydziestostopniowe updały. Taki dziwny zakątek na ziemi…
My będąc wczesną wiosną trafiliśmy na dni upalne. Temperatury wahały się w granicach 37-40!
Ale dość o pogodzie.
Rano odebraliśmy z wypożyczalni naszego wicked-vana, zgarnęliśmy Shoko i ruszyliśmy „nach Kakadu”:-)
Wzdłuż drogi piękny busz i stawy. Między drzewami co chwilę wyłaniały się dziwne formacje – termitiery. Przede wszystkim rzucały się w oczy te ogromne piaszczyste termitiery katedralne, ale nie brakowało też termitier drzewnych.
Z kolei mijane rzeki i stawy bogato zamieszkane były przez różnorodne ptactwo. Pierwszy przystanek na trasie przez Kakadu zrobiliśmy sobie przy mokradłach Mamukala, które słyną jako świetny punkt obserwacyjny. Można tu dostrzeć czaple, kormorany, bociany, wężówki (ang. Darter/snakebird), ptaki lotosu zwane po polsku długoszponami… Gdzieś spod lilii wodnych czasem łebek wystawi też żółw. Żeby umożliwić turystom długotrwałe wypatrywanie na brzegu mokradła wybudowana jest zadaszona platforma z ławeczkami. Wygodny Australijski turysta przechodzi z parkingu do platformy w kilka minut, zasiada, ogląda i wraca z powrotem do samochodu, by dojechać do kolejnego wygodnie położonego miejsca widokowego. My zrobiliśmy sobie dodatkowo spacerek wyznaczonym szlakiem. Niedługi, bo żar z nieba się lał.
Kolejny przystanek o wdzięcznej aborygeńskiej nazwie – Bardedjilidji. Tym razem trasa wiła się między dziwacznie uformowanymi piaskowcami. Kapelusz na głowę i niczym krokodyl Dundee penetrowaliśmy zakątki Parku Kakadu (tak, tak! sceny z filmu Krokodyl Dundee były w Kakadu kręcone!). Piaskowce oświetlone ciepłym zachodzącym słońcem wyglądały niesamowicie. Według badań geologów zostały one uformowane z osadu z antycznego jeziora sprzed 1500 miliona lat! Dają one schronienie dla zwierząt, m.in. gołębiom guilododo (guilododo żyją tylko wśród piaskowców w Kakadu!).
Korzystając z ostatnich promieni słońca, na zakończenie dnia wspieliśmy się na górę Ubirr. Na horyzoncie rysowała się linia ognia. Kontrolowane wypalanie buszu/lasów jest w tej okolicy często stosowaną praktyką. Regiony, które dotknięte są suszą i gdzie istnieje wysoka groźba pożaru wypalane są za wczasu, kiedy warunki pogodowe są korzystne i ryzyko rozprzestrzenienia się pożaru jest niewielkie. Czerwono rozżażone słońce wpasowywało się idealnie. Na ścianach góry Ubirr dostrzec można aborygeńskie malowidła, pochodzące z różnych okresów. Niektóre powstały nawet 20 tys. lat temu, inne są wytworem XX wieku.
Kakadu. Dzień drugi.
Kawałek za miejscowością Jabiru znajduje się kopalnia uranu. Za namową Kuby pojechaliśmy ją obejrzeć. No i choć oglądanie kopalni nigdy nie było moją wielką pasją, to przyznaję. Było warto. Gigantyczna kopalnia, gdzie ogromne koparki wydają się miniaturkowymi zabawkami. Ciekawa widokówka. Ku naszej uciesze po drodze w dodatku wypatrzyliśmy piękne czarne papagi Kakadu z czerwonymi ogonami (ang. red-tailed black cockatoo). Podjęliśmy też próbę dotarcia naszym wicked vanem do wodospadów Jim Jim oraz Twin. Nieudaną jednak. Czas nas gonił. Choć i sama podróż była ciekawa. Ma w sobie urok ten ceglano-pomarańczowy piach, który ciągnie się aż po horyzont. Krótki spacer wzdłuż Żółtej Rzeki pozwolił nam wypatrzeć kilka pięknych czapli, parę żółwi, jakiegoś drapieżnego ptaka porywającego rybę prosto z rzeki.. Mimo wytężania wzroku tym razem żadnego krokodyla nie dostrzegliśmy. A jest ich sporo w Yellow River.
Kakadu. Dzień trzeci.
Czas w Kakadu mija szybko. Niestety odległości między ciekawszymi zakątkami parku są, jak na Australię przystało, spore. Tu dwie godzinki, tam trzy godzinki. A doba krótka. Jeszcze przed 19tą zapadają egipskie ciemności. Na Kakadu zgodnie z harmonogramem mieliśmy trzy dni. Na ten ostatni zaplanowaliśmy zwiedzanie wodospadów Gunlom i Maguk. Wodospady Gunlom wpadają do szmaragdowego oczka wodnego. Aż korci, by wskoczyć do cudnie zielonkawej wody i zażyć kąpieli. Nawet jeden śmiałek się znalazł. Nas jednak skutecznie odstraszyła tablica informacyjna “Atak krokodyla słonowodnego może spowodować obrażenia lub śmierć. Zwierzęta te czasami przedostają się w te okolice. Wchodzisz do wody na własne ryzyko”. Wiedzieliśmy za to, że krokodyle nie bardzo umieją wspinać się w górę wodospadu. Po prawej stronie wytyczony jest szlak. Strome kamienne schodki prowadzą na szczyt. Niesamowity widok na park narodowy ciągnący się jak okiem sięgnąć. Suchy wypalony słońcem busz (ciekawe jak wygląda tam teraz, w środku pory deszczowej?!) Widok dobry. Ale to nie on przyciąga tu rzesze turystów. Prawdziwe cudo kryje się nie na dole, ale właśnie ponad wodospadem. Kaskada małych oczek wodnych. Jeszcze bardziej szmaragdowych! I w dodatku bez krokodyli! A my, w czepku urodzeni, mieliśmy te oczka przez kilka godzin tylko dla siebie! Na początku, gdy dotarliśmy do Gunlom, spotkaliśmy parę osób, które jednak w krótkim czasie ruszyły w dalszą podróż. Zostaliśmy zupełnie sami a świat leżał u naszych stóp…

7 thoughts on “Park Narodowy Kakadu – czerwony jak cegła, rozgrzany jak piec…

  1. Ach, chcialoby sie tam byc…. Piekne zdjecia – najbardziej podoba mi sie portret wojowniczej amazonki o zachodzie slonca oraz kombinacja zdjec co przyniesie nowy dzien i odpowiedzi na to pytanie Kuby w postaci zdjecia na kanapie lezy…. Pozdrawiam!

    1. ano jak to na wakacjach. Z jednej stronie jest błogo i leniwie, ale jednak zawsze nowy dzień coś ciekawego przyniesie. Tu jaszczura, tam papugę kakadu… Tu pożar, tam szmaragdowe oczka wodne… Jakbyś się jednak zdecydowała na podróż w ten kraniec świata, to my się bardzo chętnie jeszcze raz do Parku Kakadu wybierzemy! Najlepiej na poczatek pory suchej, gdy jeszcze wodospady spadaja z pełnym impetem..

    2. Co tez ty mowisz, Kobieto!
      Proces regeneracji sil przy ciazacej na mnie odpowiedzialnosci za dwie niewiescie dusze byl niezmiernie istotny podczas tej podrozy. :)

  2. Wicked to jest mało powiedziane :) Dewiza na tylnej klapie też życiowa… true 😉 O uporczywej temperaturze, najlepiej świadczą Wasze zadowolone miny po kąpieli w oczkach wodnych. Swoją drogą woda w nich pewnie i tak była zupą, prawda?
    Pozdrawiam!

    1. woda w oczkach Gunlom była całkiem przyjemna. Funkcję chłodzenia spełniała znakomicie:)

  3. Super, że się Wam kolejną porcję przygód udało zamieścić! Moje ulubione to zdjęcia “w drodze”, piach, kurz i fantazyjnie fragmentaryczny asfalt. No i zdjęcie Kuby “ogolona kulturka za kółkiem”. Całusy!

  4. Kochani, ależ żar bucha z tych fotek! Wokół Was nie widać chętnych do dzielenia z Wami przyjemności tej podróży w tak ekstremalnej porze roku. Byliście dość odważni (nieświadomi?) i zdeterminowani (czym, czym?) by zapuścić się na takie pomarańczowe bezdroża ale przyznaję, pokazujecie kolejny, ciekawy kawałek tego kontynentu z jego latającymi i pełzającymi mieszkańcami. Teraz wierzę że mieszka tam niewiele ponad 20 mln ludzi. Może Wy przyczynicie się do zaludnienia tego lądu?.. Buziaki z zimowej Polski:) mama

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>