25 Jan

W królestwie termitów

Park Narodowy Litchfielda, choć położony bliżej Darwin i bardziej skondensowany niż Park Kakadu (między jednym a drugim wodospadem nie ma 3 godzin jazdy samochodem a raptem pół godzinki), był przez wiele lat niedoceniany i niezauważany przez turystów. Niestety na dzień dzisiejszy o “prywatnym” zwiedzaniu parku można już zapomnieć. W oczkach wodnych i pod wodospadami wysiadują grupki wagabundów i miejscowych. W Australii turystów można podzielić na dwie grupy wiekowe. Pierwsza składa się z dwudziesto- i trzydziestoparolatków. Tu dominują Niemcy i Francuzi, choć można spotkać też przedstawicieli innych krajów europejskich czy obu Ameryk. Druga grupa – równie liczna – to australijscy emeryci, którzy korzystają ze zbieranych pieczołowicie oszczędności. Typowy Ozi-emeryta kupuje wygodnego campervana i znajduje bogatego lokatora, któremu wynajmuje dom. Za opłaty za najem płaci nie tylko czynsz, ale też starcza mu na podróżowanie wzdłuż i wszerz Australii. Podczas naszych wycieczek często zdarza nam się rozmawiać z napotkanymi podróżnikami. Dzielą się z chęcią wspaniałymi opowieściami i radami. My w nasze dwutygodniowe urlopy kondensujemy moc atrakcji turystycznych. Bo tyle jest pięknych miejsc, gdzie chciałoby się pojechać i tyle rzeczy zrobić. Ilość punktów “must-see” & “must-do” w planie podróży ogranicza nasze możliwości spontanicznego modyfikowania programu. Bo za x dni za x tys km trzeba być już z powrotem przy biurku w pracy. Ale za to zbieramy bazę destynacji podróży, gdzie chcielibyśmy wrócić, pobyć dłużej, zobaczyć więcej. Niekoniecznie sami. Ciągle liczymy na odwiedziny zza wielkiej wody:-)

Top End z parkami Kakadu i Litchfield są jednym z miejsc, gdzie moglibyśmy wrócić. Ten drugi nie tylko kusi pięknymi wodospadami, ma też do zaoferowania coś unikatowego – termitiery magnetyczne, które zobaczyć można tylko i wyłącznie na północnych krańcach Australii. Udało nam się załapać na oglądanie kopców termitów w towarzystwie pani przewodnik. Dzięki temu dowiedzieliśmy się całkiem sporo na ich temat. A oto kilka mniej lub bardziej fascynujących informacji:

– termity nie przepadają za światłem dziennym, dlatego najczęściej opuszczają swe kopce po zmroku. Choć można je czasem zobaczyć w przyciemnionych pomieszczeniach za dnia.
– termity często mylone są z mrówkami, a nawet ze względu na swoje podobieństwo często mylnie nazywane są “białymi mrówkami”. Nie tylko nie są one spokrewnione, a wręcz są swoimi wrogami numer jeden
– wrogie mrówki wkradają się czasem do środka termitier. Metody obronne termitów są jednak bardzo wyrafinowane. Zamiast walczyć z “włamywaczami”, termity opluwają mrówki, przez co zaczynają one pachnieć jakby same były termitami. Powrót do mrowiska to dla nich wyrok śmierci wykonany przez własnych braci, którzy myśląc, że zakradł się wróg-termit, zabijają swojego własnego posłańca.
– termitiery magnetyczne swoim wyglądem przypominają nagrobki, a pole z kopcami jak cmentarzysko. Dzięki tej charakterystycznej budowie kopce regulują ciepło. Część południowa jest ogrzewana o poranku, część zachodnia – po południu. Natomiast w środku dnia, gdy panuje najgorszy upał, ogrzewana jest tylko cienka górna powierzchnia.
– budowa termitiery magnetycznej to wyścig z czasem. W Północnej Australii pora deszczowa jest bardzo dokuczliwa. Tereny, na których budowane są kopce znajdują się pod wodą przez większość roku. A to oznacza, że na wybudowanie nowego kopca termity mają raptem 3-4 miesiące. W tym czasie kopiec musi urosnąć z dobre 30cm ponad powierzchnię, tak by sięgać ponad poziom wody. Nie ma wygody odwlekania terminu zakończenia budowy.
– ziemia, drewno i własne odchody to budulec termitier
– miliony korytarzy jakie są wytyczone w kopcu katedralnym ciągną się nieraz też głęboko pod ziemią. Nie dotyczy to jednak termitier magnetycznych, gdyż te w porze deszczowej są regularnie podtapiane a życie tu toczy się na czubku wystyjącym ponad taflę wody)
– termity to bardzo pedantyczne stworzenia, które na bieżąco skrupulatnie dbają o swoje królestwo. Jeśli tylko kawałek kopca się ukruszy czy pęknie, natychmiast biorą się za jego naprawę. Można dzięki temu poznać, czy kopiec jest jeszcze żywy. Jeśli wygląda na zaniedbany, a po kopcu chodzą mrówki, oznacza to, że kopiec jest już tylko cmentarzyskiem – pamiątką po dawnym termitowym królestwie.
– wielkie termitiery katedralne sięgają nawet ponad 6 metrów i stanowią dom dla ponad miliona termitów. Kopce te budowane są na terenach położonych na tyle wysoko, że prawdopodobieństwo podtopień jest niewielkie.
– większość mieszkańców termitiery to termity-robotnicy, małe, przeźroczysto-białe, nieuskrzydlone i ślepe insekty. Oprócz nich w koloni znajdują się też termity-żołnierze o powiększonych głowach, które bronią koloni przed napastnikami. To one właśnie opluwają niechcianych gości. Żołnierze podobnie jak robotnicy są zupełnie ślepe i nieuskrzydlone i nie mogą się rozmnażać. Na czele koloni stoją król i królowa, którzy jako jedyni w całym królestwie są płodni. Królowa wyróżnia się tym, że ma w pełni rozwinięty wzrok. Dziennie składa aż 30 000 jaj. Tak długo jak kolonia posiada królową, kopiec rozwija się i żyje. Wraz ze śmiercią ostatniej królowej, kolonia umiera.

Takie to ciekawostki przekazywała nam pani przewodnik spacerując wokoło gigantycznych termitier katedralnych i po platformie nad polem termitier magnetycznych. Po godzinnym wykładzie w czterdziestostopniowym upale czym prędzej popędziliśmy dalej szukać ochłody w wodospadach…

One thought on “W królestwie termitów

  1. No i kolejna niesamowita opowieść z ilustracjami ze swiata mało nam znanych insektów! Dzięki :) Wlaściwie macie już materiał na niezłą książkę… mama Skitka

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>