24 Jun

Wyspa Magnetyczna, Wielkie Mango i wrota do Whitsunday

Pora deszczowa dała nam do wiwatu – strumienie wody zalewały nas odkąd dotarliśmy do miasteczka Mission Beach. Gruba warstwa deszczowych chmur konsekwentnie blokowała słońce. Krótki spacer po plaży w trakcie między jedną ulewą a drugą musiał nam wystarczyć. Na więcej wrażeń z Mission Beach nie mieliśmy warunków ani ochoty. Licząc na poprawę pogody, ruszyliśmy dalej na południe. Przystanek zrobiliśmy sobie dopiero w Townsville. To jedno z większych miast w północnej części Queensland, gdzie ponoć mieszka prawie 200 000 ludzi. Nie wiem, czy to przez pogodę czy przez sezon urlopowy, a może jedno i drugie, ale przemierzając miasto jego głównymi ulicami, natknęliśmy się na raptem kilka grupek ludzi. Z burczącymi żołądkami bezskutecznie szukaliśmy jakiejś otwartej knajpki. I tu wskazówka dla podróżujących poprzez australijskie miasteczka: między 14.30 a 18.00 restauracje są zamknięte i jedyne na co można liczyć to fast foody/supermarkety. W dużych miastach, jak Sydney czy Melbourne, bez problemu znajdzie się dobrą knajpę, jednak w małych miejscowościach obowiązuje ‘sjesta’. Deszczowa pogoda nie dawała za wygraną. Townsville jak każde inne miasto w deszczu, wyglądało szaro i nie zachęcało do dalszego eksplorowania. Zapakowaliśmy się zatem na prom, który przeniósł nas ze świata betonowej dżungli na zieloną Magnetyczną Wyspę.
Wyspa Magnetyczna
Wyspa została ochrzczona “magnetyczną” podczas podróży kapitana Cooka, który w XVIII wieku zbliżając się do niej, zaobserwował dziwne zachowanie kompasu, które zinterpretował jako wynik magnetycznych właściwości wyspy. Nigdy więcej anomalie te nie zostały potwierdzone, nazwa jednak pozostała. Dziś jej magnetyzm objawia się w nieco inny sposób – piękny zielony kleks otoczony lazurem wody wabi i przyciąga licznych turystów.
Zwiedzanie wyspy rozpoczęliśmy od Horseshoe Bay. Tam wynajęliśmy bungalow zaszyty w tropikalnej gęstwinie. Warunki noclegowe przypominały nam wakacje na Fidżi. Drewniany domek o spadzistym dachu przylegający do ściany lasu. W dzień dotrzymywały nam towarzystwa kolorowe papugi, wieczorem – niezliczone, bliżej niezidentyfikowane stwory wyjące, kwiczące, skomlące, gdakające i piejące. Drewniany domek, w którym nocowaliśmy, zdawał się być oblężony. Aż się skóra jeżyła na ciele. Po pierwszym antrakcie swoje trzy grosze wtrąciły żaby. Musiało ich być na wyspie całkiem sporo, gdyż rechot był potężny. Ciekawe jak inne oblicze ma Wyspa Magnetyczna po zmroku. W ciągu dnia zwierzaki tak już nie rzucają się w oczy ani w uszy. No chyba, że wie się, gdzie ich szukać. My podpowiedź dostaliśmy zajadając pyszną pizzę (jak dotąd najlepszą jaką jedliśmy w Australii:-)). Prowadzoną przez żywiołowych Włochów pizzerię w Arcadia Bay/ Geoffrey Bay warto odwiedzić nie tylko z powodu serwowanych w niej pyszności. Dosłownie tuż za rogiem znajduje się opuszczona przystań, dawne miejsce lądowania promu z Townsville. Zacienioną wiatę przystankową upodobało sobie stado kangurów skalnych (Rock Wallabies). Mimo iż dzikie, przyzwyczaiły się do ludzi i pozwalają się dokarmiać, a nawet głaskać.

Kolejnym punktem programu podróży było Bowen. Zapadł zmrok, a po krótkim poszukiwaniu noclegu jedna z małych plaż okazała się najlepszą opcją. Szmer morza, ciepły wiatr i gwieździste niebo. Czego więcej trzeba?:-) Bowen, podobnie jak Magnetic Island przeżywało inwazję żab. Aż strach było chodzić w ciemnościach; niemalże każdy krok wzbudzał nową falę skaczących żab. Rano obudziliśmy się z pięknymi czarnymi kakadu nad głowami. Śniadanie na plaży umilił nam napotkany staruszek, który zasypał nas milionem zagadek i łamigłówek. Poranną gimnastykę (umysłu) dopełniliśmy ćwiczeniami fizycznymi – wspinaczką na pobliski punkt widokowy.
Pamiętacie może “Wielkiego Kraba” i serię “The Big Things”? W Bowen znajduje się Wielkie Mango:-) Wielka mi rzecz! …ale z listy odhaczone:-)

Dotarliśmy do wrót słynnych wysp Whitsunday – miejscowości Airlie Beach. Oczarowani widokówkami z wysp z lotu ptaka próbowaliśmy załapać się na jeden z lotów widokowych nad rafą z jej perełkami. Jednak wychłostani deszczem przez ostatnie kilka dni backpackersi sprzątnęli nam wszystkie rejsy sprzed nosa. Jeszcze tu wrócimy. Dlaczego? Bo czegoś TAKIEGO nie chcemy przegapić:

[pro-player]http://www.youtube.com/watch?v=gJX4ogEbkjQ[/pro-player]

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>