1 Feb

W czasie deszczu dzieci się nudzą. Nie my!

W Parku Narodowym Cradle Mountain – Lake St Claire nudzić się nie sposób! Przy wjeździe znajduje się punkt informacji turystycznej, który funkcjonuje nawet w dni świąteczne. Swoje stanowiska mają tu różne firmy oferujące spływy kajakowe, rafting, canyoning i inne ciekawe atrakcje w regionie. Mimo to ograniczyliśmy się jedynie do spacerów. Niezawsze udało się wrócić suchą nogą. Okoliczne wąwozy i wodospady stanowią jednak motywację, by ruszyć się nawet w deszczowe dni choćby na dwu-, trzygodzinny spacer. Zachęceni opisem z przewodnika wybraliśmy szlak w okolicy kanionu Dove – trasa łatwo-średnia, raczej płaska, której przebycie (ok. 6km) zajmie nam około dwóch i pół godziny. W sam raz na deszczowe popołudnie jakie mieliśmy w perspektywie. Co tu kryć, liczyliśmy też na rozpogodzenie; w poprzednich dniach doświadczyliśmy jak zmienna potrafi być tasmańska pogoda.

Trasa rozpoczęła się bardzo ciekawie – kilka punktów widokowych prezentuje wodospad Pencil Pine Falls z różnych stron. Tutaj, jak to przy “lookoutach” bywa, napotkaliśmy jeszcze grupki turystów. Kiedy jednak zapuściliśmy się w las, zostaliśmy już zupełnie sami. Kręta ścieżka wiła się wzdłuż porośniętych mchem, jakby ulepionych z plasteliny, powykręcanych drzew. Każde z nich zdawało się mieć inny kształt, kąt nachylenia. Początkowo udało nam się nawet nie zmoknąć. Drzewa minimalizowały opady, a specjalne platformy, po których szliśmy odgradzały nas od błota i kałuż. Niestety gęste deszczowe chmury opadły niżej. Kolejny wodospad ukrył się w nich całkowicie. Po odgłosach spadającej wody, mogliśmy się tylko domyślać jego imponujących gabarytów. Wktórce też skończyły się platformy, pojawiła się tabliczka “track is not maintained”, a szlak zaczął piąć się w górę po mokrych, śliskich kamieniach, błocie i korzeniach. Być może w dobrą pogodę jest to łatwa trasa, ale w nieustannej mżawce, która nam towarzyszyła, ścieżka wijąca się wzdłuż krawędzi klifów stała się jedną z trudniejszych do pokonania. W pełnym skupieniu, uważając, by się nie poślizgnąć, pokonaliśmy resztę drogi. Na samym końcu szlaku ponownie dotarliśmy do drewnianych platform, po których równym tempem wróciliśmy na parking. Robiło się już późno, z kryjówek zaczęły wychodzić wombaty. W parku Cradle Mountain jest ich naprawdę mnóstwo. Mimo zmęczenia i kompletnie przemoczonych ubrań, spędziliśmy jeszcze kilka chwil obserwując moje ulubione australijskie “misiaki”. Wreszcie, po ponad trzech latach w krainie Oz udało nam się zobaczyć wombaty na dziko! Sukcesem roku 2012 było zobaczenie w naturalnych warunkach dziobaka. W 2013 – wombatów. Czekamy co przyniesie 2014…

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>