3 Nov

Jaskinie Jenolan

Góry Błękitne oferują wiele wspaniałych tras na weekendowe spacery. Dziki busz, oszałamiające wodospady, słynne Trzy Siostry, a także niesamowite jaskinie. Różnorodność atrakcji tego obszaru przyciąga tu przez cały rok tłumy turystów. Pisaliśmy już o wodospadach Wentworth’a, tym razem czas na relację z wizyty w systemie jaskiń Jenolan. Dla zwiedzajacych udostępnionych jest 10 tras przeplatających się wzajemnie. Niby niewiele. Ale więcej niż jest się w stanie zwiedzić w ciągu jednego dnia. Trasy przeplatają się wzajemnie w podziemnym labiryncie prowadząc do różnych głównych atrakcji – podziemnych jezior, kaskad wodnych, pękniętej kolumny czy ogromnych komnat katedralnych. Do Jenolan prowadzi niezmiernie malownicza wąska szosa kurczowo trzymająca się każdego załomu skalnego, każdej wnęki, prześlizgująca pod nawisami skalnymi i przeciskająca przez zwężenia. Prawdziwy odcinek specjalny kończy się poszerzeniem na dnie bujnie porośniętej doliny, tuż nad szmaragdowym zalewem i szerokim wjazdem do olbrzymiej pieczary. Tak powinna wyglądać jaskinia Smoka Wawelskiego!, nie jak ta kanciapa pod zamkiem w Krakowie. 😉
Wycieczki z przewodnikiem zaczynają się o określonych porach i niezbędne jest dopasowanie do narzuconego grafiku. Kiedy dotarliśmy na miejsce, część biletów była już wyprzedana, limity wyczerpane, spod lady nic nie dało się wyciągnąć, a nam, dość losowo, trafiło się zwiedzanie jednej z bardziej popularnych tras – Lucas Cave. Czytając opisy pozostałych szlaków, wydaje się, że każdy z nich jest ciekawy. Ba! – co jeden, to ciekawszy. Źle nie trafiliśmy. Meandrowaliśmy przez ponad godzinę (tam, gdzie woda meandrowała przez tysiące lat) podtrzymując szczęki opadające z zachwytu. Stalaktyty, stalagmity, skalne nacieki, wapienne kaskady, podziemne rzeki, rozpadliny i przepaści finezyjnie podświetlone i ginące w ciemnościach odpowiadających echem robią ogromne wrażenie. “Jaskinia Niedźwiedzia” to raczej małe piwo przy tym, co tam wprawiło nas w osłupienie i pchnęło do przedstawienia Wam tej fotorelacji…

Kto zerwał jabłko z drzewa? Ewa… Ewa… Ewa…

19 Nov

O Górach Błękitnych po raz pierwszy…

No i stało się! Minęły już 2 lata odkąd jesteśmy w Sydney (ktoś nas jeszcze pamięta?) więc najwyższa to już pora aby zabrać Was do osławionych Blue Mountains. Zwłaszcza, że bywamy tam w miarę regularnie co kilka miesięcy. Zawsze z przyjemnością. Nie jest to tak znowu daleko od centrum Sydney (2h pociągiem to w tutejszej skali naprawdę nic wielkiego), toteż i przygotowania nie zabierają nam wiele czasu. Zaplanowanie trasy to pestka – z pomocą tradycyjnie przychodzi nam wildwalks.com. Pociągi kursują co godzinę z centrum miasta. Jak to mawiają Australijczycy „too easy!”. Mieszkać w Sydney i nie pojechać w Blue Mountains to jak mieszkać w Krakowie i nie wyskoczyć w Tatry. Po prostu żelazny punkt programu. Wiele już miejsca poświęciliśmy na opis “typowego” australijskiego zwiedzania, toteż nie chcąc się za bardzo powtarzać, proszę Was abyście mieli to gdzieś w pamięci. Mówiąc Blue Mountains typowy turysta (i Sydnejczyk) myśli o Trzech Siostrach. Ich plakatami wytapetowane są wagoniki transportu miejskiego, każdy więc coś tam kojarzy. No i Katoombę – czyli największą stację tranzytową obsługującą ruch turystyczny w Blue Mountains. Wiecie jak to jest, nie przymierzając – przyjeżdżacie w Tatry, to wiadomo, że trzeba się przecisnąć przez Krupówki, trzasnąć zdjęcie z misiem, wszamać oscypka i wziąć rykszę do jakiegoś wyciągu – kolejkę na Gubałówkę lub PKL na Kasprowy. W Katoombie podobnie – wieś tańczy i śpiewa. Zdjęcie z Trzema Siostrami i kolację w Katoombie zaliczyliśmy, ale ogólnie oceniamy je raczej przeciętnie w porównaniu z innymi wyprawami w Góry Błękitne. Tym bardziej zastanawia nas czemu to właśnie one są tak wychwalane we wszystkich przewodnikach o Australii. Choć z drugiej strony dzięki temu dzikie tłumy turystów ciągną właśnie do Katoomby, a inne dużo ciekawsze szlaki można pokonać w spokoju, bez przeciskania się. Większość turystów wybiera formę wygodnego dojazdu pod niemalże sam punkt widokowy, zrobienie zdjęcia i powrót do auta/pociągu/autokaru… Takie rozwiązanie jest możliwe w przypadku Trzech Sióstr. Trochę bardziej trzeba się nagimnastykować, chcąc zobaczyć piękne wodospady Wentworth’a (nazwane na cześć australijskiego podróżnika, który w 1813 roku przez Góry Błękitne się przeprawiał). Kiedyś to był prawdziwy wyczyn, nie lada przygoda! Dziś wszystkie szlaki są dokładnie oznakowane. Schodki, poręcze ułatwiają zdobywanie nawet bardziej stromych partii gór. Ciekawa kilkugodzinna trasa prowadzi wzdłuż szeregu mniejszych wodospadów, by w końcu odsłonić w pełnej krasie wodospad Wentworth’a! Schodkami w dół (The Grand Stairway) dochodzi się do jego podnóża, by dalej kontynuwać po drugiej stronie doliny. What goes down, must go up. Dla odmiany trzeba się trochę pomęczyć pod górkę. Ścieżka wije się pod nawisem skalnym, chwilami bywa bardziej stroma, by za załomem dać odpocząć nogom na płaskim odcinku. Gdzieniegdzie szlak wydrążony jest w skale i trzeba ugiąć kark. W innym miejscu kaskady wody spływające bezpośrednio na szlak fundują orzeźwiający prysznic. W innym znów miejscu kałuże i błoto wymagają od nas wykonywania figur akrobatycznych. Zabawa przednia! Nic dziwnego, że pokonywanie szlaku cieszy tak samo za każdym razem. Niby tak samo, ale zawsze inaczej – wystarczy drobna zmiana pogody, a Góry Błękitne pokazują swoje odmienne oblicza. Nasza pierwsza wyprawa na szlak Wentworth Falls została przerwana przez ulewę. Zarówno Sydney jak i Blue Mountains tonęły tego dnia w strugach deszczu. Kolejne podejście zakończyło się już pełnym sukcesem. Początkowo widoczność w górach była ostra jak brzytwa. W pięknym słońcu powoli wyłaniały się i witały nas kolejne wodospady. Kiedy jednak powietrze odpowiednio się nagrzało, porastające góry eukaliptusy zaczęły parować, a gęsta niebieskawa mgła spowiła dolinę. Zagadka nazwy “Gór Błękitnych” rozwiązała się sama. Z kolei podczas ostatniego spaceru piękne słońce i świetna widoczność utrzymały się podczas całej wyprawy.
Panie i Panowie, poznajcie Wentworth Falls.