2 Sep

Oko w oko z rekinami

Fidżi jest miejscem, które przyciąga przede wszystkim miłośników spędzania czasu w i pod wodą. To istny raj dla lubiących snorklować, pływać wpław, pływać kajakami a także dla nurków. Jednym z kryteriów wyboru wysp, na które się wybraliśmy było posiadanie bazy nurkowej. Z odwiedzonych resortów tylko Long Beach nie miał własnej bazy.
Najbardziej w pamięci utkwiły mi pierwsze i ostatnie nurkowanie. U Robinsona zachwyt wzbudził pierwszy kontakt z rafą oraz przejrzystość wody na ponad 30 metrów!!! W innych miejscach woda niestety nie była już tak klarowna (czytaj widoczność spadła do circa 15-20 metrów). Z kolei na Bounty udało nam się podczas podwodnego spaceru zauważyć rekina lamparciego a także żółwia.
Niestety ani na Robinsonie ani na Bounty nie miałam okazji robić pod wodą zdjęć.
Dużo więcej farta miałam będąc na Coral View i Mantaray. Podczas moich nurkowań towarzyszył mi bowiem jako buddy Andreas, który dokumentował nasze podwodne odkrycia :-)
Muszę przyznać, że dobrze mieć takiego partnera nurkowego. Wyróżniał się zawsze pod wodą, gdyż jako jedyny w grupie miał aparat fotograficzny, bynajmniej nie kompaktowy. Zwłaszcza podczas nurkowania nocnego łatwo go było namierzyć dzięki małej czerwonej diodzie.
Dzięki Andreas za możliwość podzielenia się zdjęciami! (Vielen Dank Andreas! Poproszę o pełne przetłumaczenie tego zdania na niemiecki :-) )
A oto i fotki spod wody (część zdjęć – z nocnego nurka yeah! )

26 Aug

Witajcie w naszej bajce

Choć w ostatnich tygodniach o Fidżi opowiadaliśmy już wielokrotnie, oto obiecana i długo oczekiwana relacja z naszych bajecznych wakacji na Fidżi :-)
Wszystko zaczęło się w deszczowy zimowy poranek, kiedy to pożegnaliśmy nasz tymczasowy dom i lokatorów z Rockdale :-) i ruszyliśmy w wielotygodniową tułaczkę w kierunku słońca (przy czym nota bene Fidżi spisało się dużo bardziej słonecznie, mimo, iż w czerwcu jest tam środek zimy niż Polska i Czechy).

Przed wyprawą udało nam się “odrobić lekcje” i dowiedzieć się czegoś więcej o tej krainie ludożerców. Ze zdobytych informacji wiedzieliśmy już, że najlepiej zminimalizować czas spędzony w Nadi (miejscowość, gdzie znajduje się lotnisko międczynarodowe) i raczej nie warto zwiedzać stolicy Fidżi Suwy. Zgodnie ze wskazówkami postanowiliśmy odpuścić sobie penetrację wyspy Viti Levu i z samego ranka dnia drugiego ruszyliśmy w kierunku wyspy Robinsona Crusoe. Przy okazji dowiedzieliśmy się też jak działa “Fidżi time”, na który to wszyscy Fidżijczycy się powołują. Otóż jeśli Fidżijczyk ma coś zrobić, robi to kiedy mu się podoba i tak długo jak mu się to podoba. Natomiast gdy turysta ma się stawić na miejscu spotkania np. z przewoźnikiem wycieczki, to musi przybyć najlepiej 15 minut przed umówioną godziną, bo może się zdarzyć, że przewoźnik przybędzie na czas i jakoś pojęcie “Fidżi time” w takich sytuacjach nagle staje się Fidżijczykom obce…
Na wyspach fidżijskich znajduje się wiele kurortów, gdzie turyści mogą odpocząć, zrelaksować się i nacieszyć się pięknymi plażami, błękitną wodą i rafą koralową. Ponieważ tych wysp-kurortów jest tak wiele, rywalizują ze sobą by przyciągnąć turystów. My posłuchawszy rekomendacji znajomych, jeszcze przed wyjazdem zaplanowaliśmy, gdzie się udamy.
Mimo, iż każda wyspa okazała się zupełnie inna, pewne elementy “atrakcji turystycznych” były wspólne. Między innymi na każdej wyspie witano nowych gości piosenką oraz okrzykami “Buuuulaaaaaaaaaaaaa”. Co więcej każda łajba turystów musiała równie głośno odkrzyknąć powitalne Bula, w przeciwnym wypadku grożono nie zaserwowaniem obiadu :-)
U Robinsona Crusoe ten rytuał powitalny został dodatkowo wzbogacony i z pobliskich krzaków na powitanie wyskoczyło kilku przebranych dzikusów-ludożerców, którzy rzucili się w kierunku łodzi z dzidami. Ponoć kilka lat temu elementem powitalnym było obrzucanie nowoprzybyłych kokosami :-)
Wyspa Robinsona jest małą przytulną wyspeką, którą można obejść w pół godziny. Cała plaża z daleka wygląda zupełnie normalnie. Gdy się jednak przyjrzeć, to okazuje się, że zamieszkują ją licznie kraby-„kameleony”. Dopiero, gdy skupi się wzrok, można dostrzec masę piaskowo ubarwionych krabów, które gdy idzie się w ich kierunku uciekają pod ziemię. Spacerując wokoło wyspy poznaliśmy też jeszcze jednego mieszkańca – węża morskiego. Ponoć jest ich całkiem sporo na Fidżi, aczkolwiek nam udało się go zobaczyć tylko pierwszego dnia. Z resztą od razu uciekł do wody. My tymczasem ruszyliśmy w dalszy obchód wyspy. Podczas spaceru napotkaliśmy jeszcze więcej krabów i jaszczurek (choć jaszczurki w przeciwieństwie do jaszczurów napotkanych w Australii były drobniutkie i malutkie i wyglądały na zupełnie niegroźne). Po zapoznaniu się z okoliczną zwierzyną, nadszedł czas na integrację z innymi turystami i pracownikami wyspy. Integrację Fidżijczycy mają we krwi. To niesamowicie pogodny, przyjazy naród. Zawsze uśmiechnięci i chętni by służyć pomocą, wskazówkami… Przy czym mają niesamowicie pozytywną cechę nie narzucania się. Rozmowa z Fidżyjczykami trwa tak długo, jak długo obie strony tego chcą :-) Nie wiem, czy to kwestia pozytywnego nastawienia wszystkich otaczających nas ludzi, czy może kwestia przecudnej słonecznej pogody, czy też zapierających dech w piersiach widoków, którymi napawaliśmy wzrok, ale przez cały okres pobytu na Fidżi oboje daliśmy się porwać tej fali pozytywnego myślenia, odcięcia od wszelkich trosk… Taki sobie twardy reset :-)
U Robinsona czas zleciał nam niesamowicie szybko i przyjemnie. Harmonogram zajęć w ciągu dnia był dość napięty, a że wszystko brzmiało zachęcająco to braliśmy udział w organizowanych zabawach, grach i pokazach. Można było np. nauczyć się jak z liści palmowych upleść kapelusz albo jak z kokosa zrobić samemu bransoletkę. Dowiedzieliśmy się również na czym polega tradycjny sposób gotowania na Fidżi, czyli tzw. lovo oraz jak prawidłowo wygląda ceremoniał picia cavy. Mimo tych wszystkich aktywności „Fiji time” jest na tyle rozległy, że oczywiście starczyło nam jeszcze czasu na relaks na hamaku czy penetrację świata podwodnego podczas sesji snorklingowych i nurkowych. Charakterystyczne dla Fidżi jest to, iż każda wyspa jest otoczona pierścieniem rafy koralowej. Dla nas był to pierwszy kontakt z rafą, rekinami, płaszczkami, żółwiami i zostaliśmy całkowicie zaczarowani tysiącami kolorów i form życia jakie można pod wodą spotkać. Z każdym kolejnym zanurzeniem, miałam ochotę na więcej. Kuba z kolei zachwycał się jak przyjemny jest stan lewitowania w wodzie, gdzie otaczały nas korale i stworzenia o przeróżnych kolorach, kształtach, wielkościach…
Po cudownych 3 dniach wypoczynku u Robinsona, ruszyliśmy w dalszą podróż na wyspy archipelagu Yasawa, gdzie spędziliśmy resztę wakacji. Między wyspami Yasawa każdego dnia kursuje katamaran, którym w 5 godzin można dostać się na najdalej położone wyspy, m.in. na Coral View, dokąd się udaliśmy. Tuż obok naszej wyspy znajduje się słynna Błękitna Laguna, gdzie nakręcono film o tej samej nazwie. Wyspa Coral View jak nazwa wskazuje ma rafę koralową u swych stóp i by korzystać z morskich kąpieli na rafie trzeba było jedynie poczekać na przypływ. Podczas odpływu poziom wody był bowiem na tyle niski, że korale wystawały z wody i zamieniały się w brunatne formacje. Sama wyspa jest na tyle duża, że nie zalecano jej obchodzenie wokoło. Można za to było w ok. 20 minut wspiąć się na jej szczyt. My zgodnie ze wskazówkami wdrapaliśmy się na górę tuż przed zachodem słońca. I mimo, iż dość ostro cięły komary to widoki pozłacanych wysp na choryzoncie i żażącego się nieba nagrodziły trudy wspinaczki. Z resztą ugryzienie przez fidżijskie komary znika po pół godzinie. Na pewnym etapie byłam zafascynowana tym zjawiskiem i cieszyłam się na każde ugryzienie, by potem obserwować jak po kilkudziesięciu minutach znika bez śladu i swędzenia :-)
Następna wyspa, którą odwiedziliśmy nazywa się Long Beach i jest najbardziej odludnym, magicznym miejscem, na którym kiedykolwiek byliśmy. Wyspa ta słynie z tego, że jest nieoblegana przez turystów, a że jest ogromna to nawet jeśli znajduje się na niej garstka ludzi, to i tak nie wchodzą sobie w paradę. Co więcej nawet, gdy byliśmy na wyspie jedynymi turystami, przy posiłku towarzyszył nam lokalny zespół, który śpiewem i grą na ukulele umilał nam czas. Prywatny koncert na bezludnej wyspie… jak tu się nie zauroczyć w miejscu. Spacer po niekończącej się plaży (w końcu to „long beach”), kajakiem wokoło wyspy, nocleg w domku nad samą wodą (w czasie przypływu raptem kilka kroków wystarczyło, by dotrzeć do brzegu).. Błogo upłynął nam czas w tym resorcie. A tymczasem czas gonił i znowu katamaranem trzeba było ruszać w dalszą podróż, tym razem do Mantaray. Ze skrajności w skrajność. Mantaray bowiem to najbardziej znany i oblegany ośrodek na całym archipelagu Yasawa. Słynie głównie z tego, że w sezonie tuż koło wyspy przepływają płaszczki manta, z którymi można pływać. Mimo, iż byliśmy teoretycznie w sezonie, niestety diabły morskie nie chciały z nami zażyć kąpieli. O wiele bardziej chętne do współnych kąpieli okazały się niestety meduzy, które zostawiły mi pamiątkę na następne 2 miesiące… Wyspa tak jak przewidywaliśmy była pełna ludzi, którzy wypoczywali na głównej plaży. Szybko jednak odkryliśmy piękną plażę od strony zachodniej – plażę z cudnie miękkim piaskiem a nie skalisto-muszelkowatą. A że znajdowała się daleko od baru z drinkami, była całkowicie pusta i stanowiła świetne miejsce do aktywnego wypoczynku z Frisbee :)
Na wakacyjny deser zaplanowaliśmy posmakowanie raju – czyli pobyt na ostatniej już wyspie – Bounty. Bounty podobnie jak Robinson Crusoe da się obejść w pół godziny. Nie ma na niej jednak krabów, za to przy brzegu widać płetwy młodych rekinów rafowych czarnopłetwych (blacktip reef shark). Za to podczas nurkowania można spotkać rekiny lamparcie czy białopłetwe. Piękna rafa zachęca do kąpieli. Woda ma 29 stopni więc rzeczywiście jest jak w raju..

Na potwierdzenie zachęcamy do obejrzenia galerii:
Fiji









A tutaj jeszcze trochę więcej kolorowych widokówek (trochę przekolorowanych) z tego zakątka świata
11 Jun

Fiji time


Acha! Jeszcze jedno…
Jakby się kto do nas właśnie wybierał, to informuję, że nas teraz trochę nie będzie. :)

…Lecimy na Fiji :)

Cieszymy się jak dzieci, bo zobaczymy wyspę Bounty, tę od której nazwę wziął ten batonik “Bounty – smak raju…” Czy rzeczywiście tak smakuje raj, opowiemy Wam po powrocie, czyli za jakieś dwa tygodnie.

Słonecznie pozdrawiamy!

Kuba i Aga