4 Jun

Wine is fun

[simpleviewer gallery_id=”25″ bgcolor=”ffffff” gallery_width =”100%” gallery_height =”800″]
Jakiś już czas temu by oderwać się na chwilę od rutynowych zajęć, wybraliśmy się na 1-dniową wycieczkę do Hunter Valley – regionu w pobliżu Sydney, który słynie z produkcji wina. W programie wycieczki mieliśmy odwiedzenie trzech winiarni, pomiędzy którymi dla przeczyszczenia kubków smakowych mieliśmy także testować regionalne sery i czekolady :-)
Z nadmiaru obowiązków wrzucamy tę relację z “malutkim” opóźnieniem.

Pierwsza degustacja odbyła się w winiarni Bimbadgen. Zaserwowano nam po kolei wina białe, czerwone i deserowe. Niestety zgodnie stwierdziliśmy, że jedyne wino, które nam naprawdę zasmakowało – to podane jako ostatnie wino deserowe (na zdjęciu powyżej my z cienką butelką tegoż trunku). Zakupiwszy buteleczkę ruszyliśmy na kolejną degustację. Ponieważ jednak w pierwszym miejscu spędziliśmy o dobre pół godziny za długo (według organizatorów, nie nas oczywiście :-) ) na następną degustację mieliśmy już ograniczony czas. Stąd też nawet nie pamiętamy nazwy drugiego miejsca… Natomiast skupiliśmy się tym razem na winach białych i odkryliśmy piękne słodkie lekko musujące wino Muscat. Dzierżąc w dłoniach kolejną nowo nabytą butelkę wróciliśmy do autokaru, by kontynuować wycieczkę.
Kolejnym punktem programu był postój na lunch i co nie co słodkiego. Zatrzymaliśmy się bowiem w miejscu, gdzie można było pokosztować i zakupić różnego rodzaju słodycze.
Słoneczko pięknie świeciło i zachęciło nas do eksplorowania okolic na piechotę. Gdy oddaliliśmy się trochę od miejsca zbiórki do naszych uszu zaczęły dolatywać wesołe skoczne melodie. Podążyliśmy zatem dalej zaciekawieni skąd dobiega muzyka i tak odkryliśmy przepiękną szafę grającą (travelling concert organ).

[pro-player]http://www.youtube.com/watch?v=bcULwMCJSxs[/pro-player]

Nacieszywszy się weselnymi melodiami, szybszym krokiem wróciliśmy do autokaru, który już czekał, by zabrać nas do trzeciej, ostatniej winiarni – Tulloch. Tym razem oprócz informacji o samych winach, opowiedziano nam również historię samej winiarni oraz pouczono jak powinno się prawidłowo degustować wino.
W wyśmienitych nastrojach udaliśmy się z powrotem do Sydney, gdzie kontynuowaliśmy wesoły piątkowy wieczór w afrykańskiej restauracyjce, eksplorując dalej nowe smaki.

Podsumowując temat win, to choć wina australijskie są rzeczywiście bardzo dobre, to i tak nie ma jak Sauvignon Blanc z Nowej Zelandii… delikatny smak z nutką marakuji (passion fruit)… żyć nie umierać :-)