20 May

Melbourne

Kolejna wizyta w Melbourne. Miasto niby znajome (koniec końców jesteśmy tu już któryś raz z rzędu), a nadal mające wiele do zaoferowania. Żelazne punkty programu wycieczkowego widzieliśmy już kilkakrotnie podczas naszych ostatnich wizyt, czas więc na coś nowego. Dotychczas skupialiśmy się na centrum, parkach, bulwarach, zapominając, że jak każde większe australijskie miasto żyje w symbiozie z wodą. Nad wodą się spaceruje, przesiaduje w kafejkach, wzdłuż wody się biega i jeździ na rowerze, a po wodzie – pływa, wiosłuje, dojeżdża do pracy. Miasto przegląda się w wodzie jak w lustrze, a my przystajemy na jego brzegu nie mogąc nadziwić się jego odbiciu.
Nie ma to jak się trochę zgubić, pobłądzić, poszwędać. Dzielnica portowa Docklands nadaje się do tego znakomicie – przestronne place, szerokie nabrzeża, nowoczesne biurowce ze stali, kamienia i szkła. Jest gdzie się zapuścić, jest co fotografować.

30 Apr

Good Mornington, Point Nepean.

Kontynuując nasze wojaże w okolicy Melbourne, wybraliśmy się na samiutki koniec półwyspu Mornington. Dzień był słoneczny, choć od południa (czyli z Antarktydy) wiał mroźny wiatr, który 40 stopniowe upały zbił o połowę! My się wiatru nie boimy, zapakowaliśmy do plecaka swetry i w drogę – zdobyć fort Nepean. Dojechaliśmy autobusem najdalej jak się dało, resztę zdecydowaliśmy się przejść. Choć część z odcinka pieszego można pokonać prywatnym busikiem, który kursuje między punktem informacyjnym Parku Narodowego Point Nepean, a fortem. Ale tak omija się szlak pieszy wijący się przez busz, zza którego od czasu do czasu wystaje lazur oceanu. W dniu naszej wycieczki trafiliśmy na regaty. Od niebieskiej wody wyraźnie odcinały się białe kły żagli. Gęsty busz, pomiędzy którym meandrowała ścieżka, chronił nas skutecznie od wiatru.

Pierwszy przystanek zrobiliśmy sobie przy punkcie informacje turystycznej wygodnie ulokowanym w kompleksie dawnej stacji kwarantanny. W połowie XIX wieku przybywający imigranci przechodzili przymusową kwarantannę, gdy zachodziło podejrzenie choroby zakaźnej na pokładzie. Statek eskortowano na Mornington i tylko tam pasażerowie mogli zejść na ląd. Ich rzeczy wjeżdżały na wózkach do pieca dezynfekcyjnego, gdzie w wysokiej temperaturze i przy dużym ciśnieniu minimalizowano potencjalne zagrożenie. Gorzej było trafić w takie miejsce zdrowym. Nie sposób czegoś nie złapać. Pomieszczenia szpitalne, piętrowe łóżka, piece i wysokie kominy kojarzą nam się bardziej z inną częścią naszej historii, ale tutaj naprawdę starali się leczyć ludzi. Z różnym skutkiem. Miejsce to miało szczególne znaczenie podczas pandemii hiszpanki, która atakowała wracających z Pierwszej Wojny Światowej żołnierzy.

Ze stacji kwarantanny przeszliśmy do fortu Nepean. Fort obecnie przekształcony został w muzeum multimedialne. Zdjęcia, artefakty, filmiki i nagrania audio przybliżają historię tego miejsca. Zwiedzanie jest za darmo. Wystarczy tylko trochę motywacji i sił, by dotrzeć na skraj półwyspu.

W drodze powrotnej zahaczyliśmy też o plażę Cheviot, gdzie ostatni raz widziano ówczesnego premiera Australii – Holta. Premier Holt słynął z brawurowego uprawiania sportów wodnych. W 1967 roku mimo, iż morze było wzburzone i warunki do pływania były bardzo ciężkie, premier nie zrezygnował z zaplanowanej kąpieli. Nigdy się nie wynurzył, co więcej nigdy nawet nie odnaleziono jego ciała. Przez wiele lat temat jego tajemnicze zniknięcie było pożywką dla różnych teorii spiskowych. Ostatecznie jednak po prawie 40 latach(!) postępowanie zakończono i wyrokiem sądu uznano, że Holt zginął w wyniku utonięcia / nieszczęśliwego wypadku.

10 Apr

Las Sherbrooke

Do Melbourne jeździmy zawsze z ogromną radością. “Must do and see” programu każdej wyprawy to po pierwsze primo pogaduchy z Magdą i Januszem, a także spacer po plaży St Kilda z obowiązkową wizytą w cukierni “Europa”. Jeśli tylko uda się zostać na dłużej, robimy eskapady za miasto, najchętniej do Dandenong Ranges (pamiętacie naszą wyprawę kolejką Puffing Billy?) oraz na Półwysep Mornington. Do obu tych miejsc można się dostać transportem publicznym. Do Parku Narodowego Dandenong raptem w ciągu godzinki dojeżdża się z centrum kolejką. Na stacji Belgrave można się przesiąść w Puffing Billego lub podmiejski autobus. Tym razem wybraliśmy drugą opcję i wylądowaliśmy w miejscowości Kallista, przez którą przebiega kilka ciekawych szlaków pieszych prowadzących wgłąb lasu Sherbrooke. W okolicach Kallisty żyje cała masa przeróżnych papug, które przyzwyczajone do turystów, ufnie pozwalają się dokarmiać (co kontrolują lokalni biznesmeni sprzedając “specjalnie-dobraną” i przesadnie drogą karmę). Kolorowe papugi przyciągają dzieci starsze i młodsze. Większość turystów wybiera się także na króciutki spacer. Zostawiliśmy zgiełk i wrzawę za sobą i ruszyliśmy na szlak w kierunku wodospadów Sherbrooke.

W lesie Sherbrooke dominują sześciesięcio-, siedemdziesięciometrowe eukaliptusy “Mountain Ash”, które są najwyższymi kwitnącymi roślinami na świecie. W kategorii drzew, przerasta je tylko sekwoja kalifornijska. U boku eukaliptusów rosną też gigantyczne drzewa paprociowe. Po raz kolejny spacerując przez australijski busz, czujemy się jak liliputy lub podróżnicy w czasie, którzy jakimś cudem dostali się do epoki jury. Nie tylko tutejsza flora zachwyca i motywuje do zwiedzania. Las Sherbrooke zamieszkują licznie lirogony (ang. lyrebird), słynące z umiejętności naśladowania odgłosów innych ptaków. Mimo wytężania wzroku, żadnego lirogona tego dnia nie dostrzegliśmy. Zrekompensowały nam to śmieszki kukabury i kangur. Na koniec spaceru wypatrzyliśmy na skraju lasu klimatyczną knajpkę. Ciepły i smaczny posiłek przy akompaniamencie chichioczących kukabur był miłym dopełnieniem całodziennej eskapady.