12 Mar

Wiosłem w gardło Katarzyny

Czyt. “up shit creek without a paddle” 😉
Czyli krótka historia jak to dzielna osada polskich kajakarzy w głębi australijskiego Outbacku wypłynęła na szerokie wody upstrzone krokodylami.
Byliście już z nami w Kakadu National Park i kąpaliście się w Gunlom Falls. Nie wiem jak Wy, ale my kąpieli nie mieliśmy dosyć, tym bardziej, że pora sucha, tym bardziej, że żar leje się z nieba, a stopy podpiekane są żarzącą się czerwienią. Gdzie się dało trzymaliśmy się więc blisko wody.
Dzień wcześniej pożegnaliśmy naszą dzielną towarzyszkę Shoko wsadzając ją w busa powrotnego do Darwin, a sami o świcie ruszyliśmy na południe, do Katherine Gorge.

Rzeka Katherine zostawia w krajobrazie bardzo malowniczą bruzdę wrzynając się od 23 milionów lat w skorupę z piaskowca porośniętą dość równomiernie australijskim rug-iem. Zbliżając się do Parku narodowego Nitmiluk (w języku lokalnych Aborygenów to “miejsce, w którym śpią/marzą cykady”) otaczający drogę żółtoczerwony piach nie zdradza bogactwa, jakie po chwili ukazuje się naszym oczom. Widać, że woda potrzebowała trochę czasu, aby tak głęboko zakopać się pośród skał. Niektóre urwiska mają po siedemdziesiąt metrów wysokości, a robią tym większe wrażenie, że niejednokrotnie ściany są niemal idealnie pionowe przypominając kanion biurowców przy Pitt Street w Sydney. 😉

Dopuszczona do zwiedzania część żeglowna rzeki obejmuje 12 km przedzielone rumowiskami skalnymi na dziewięć gardzieli. Pierwsze dwie, jak to w Australii zwykle bywa, są dostępne dla wszystkich. Po pierwszej można się przepłynąć płaskodenną motorówką, zjeść śniadanie na promie o świcie, kolację o zachodzie słońca, wykąpać się w rzece, wypożyczyć kajaczek itp. Po drugiej można już tylko popływać kajaczkiem (przenioska z pierwszej części). Tutaj ludzi już znacznie mniej, ale jeszcze też można się na kogoś natknąć. Od części trzeciej nie ma już nikogo. Nie ma kafejki, nie ma rangersów, jesteś zdany na siebie to i liczba turystów spada drastycznie. Do zera. A właściwie do nas dwojga.
Wybraliśmy opcję dwudniową z nocowaniem na kempingu w szóstym gardle. Zapowiadało się łatwo. Dlatego tutaj przyjechaliśmy. Po operacji kolana spływ kajakowy wydawał się ciekawą i lekką alternatywą dla łazikowania po buszu. Na mapce też wyglądało to nieźle. Too easy…
It wasn’t.

Schody zaczęły się na “przenioskach”. Przyzwyczajeni, że w polskich realiach oznacza to ominięcie niskiego mostku lub przepchnięcie kajaka przez zwalony pień drzewa nie spodziewaliśmy się wspinaczki po skałach z kilkudziesięciokilowym kajakiem za sobą (dwudniowe zapasy i ekwipunek). Przy niskim stanie wody (koniec pory suchej) niektóre gardła szczerzyły się wypiętrzonymi wapiennymi kłami, inne były nawet kilkustumetrowej długości kamiennymi kocimi łbami. Niezła próba jak na rehabilitanta.
Po całym dniu wiosłowania w górę rzeki (ponad 10 km) i kilkunastu przenioskach większych lub mniejszych dotarliśmy do kempingu. Szumnie powiedziane! Do łachy piachu wylewającej się spomiędzy skał. Rozłożyliśmy moskitierę (namiotu brak) tworząc konstrukcję z wioseł, kajaka i sterczących palików.

Nasz nocleg w Katherine Gorge (Nitmiluk National Park)

Noc pod rozgwieżdżonym czarnym jak smoła niebem na takim bezludziu jest nie-za-pom-nia-na.
My, piasek, ciemność, komary, niezidentyfikowane odgłosy zwierząt zza pleców i dziwne pluski dochodzące od wody.
Leżąc na piasku tylko pod cieniutką, transparentną moskitierą ciężko pozbyć się myśli o krokodylach, które dopływają w górę rzeki (widzieliśmy wiele tablic ostrzegawczych po drodze). I choć mówią, że krokodyle słodkowodne są dość płochliwe i nie stanowią zagrożenia dla ludzi, a słonowodne ludojady wyłapywane są w niższych partiach rzeki, jakoś ciężko zmrużyć oko. Zmęczenie jednak bierze górę.

Świt zastał nas wylegujących się na piasku. Już po kilkunastu minutach wrzaski ptaków i palące ukłucia słońca nie dają dłużej spać. Krótkie śniadanie, ustalenie zasad planu awaryjnego H2O i jesteśmy gotowi do drogi. Powrót w dół rzeki okazał się łatwiejszy. Znaliśmy już łatwiejsze przeprawy, a skakanie po głazach nie było już tak karkołomne; łatwiej spuszczać kajak niż wciągać go na wierch. Zapasy też się jakoś uszczupliły i odciążyły barki. Zwłaszcza wspomniana woda. Prawie dziesięć litrów wody na dwa dni na naszą dwójkę przy takim wysiłku okazało się za mało. Wracaliśmy na rezerwie. Wiosłując po Katherine pamiętajcie o wodzie – duuuuuużo wody!

Widoki niezapomniane, przygoda wspaniała, przyroda powalająca.

Jednak natura to potrafi!

15 Feb

Croc-wise, python-hugs and a big pig feast…

Czas spędzony w okolicach Darwin dostarczył nam sporo skrajnych emocji. Zastrzyki adrenaliny przy spotkaniach z dzikimi zwierzakami przyspieszały bicie serducha, które potem wyciszaliśmy relaksujac się podczas kąpieli w wodospadach czy piknikowania. Północna część Australii najczęściej kojarzy się jako miejsce, gdzie w pobliżu wszelkich zbiorników wody można się natknąć na słodko- i słonowodne krokodyle. Rzeczywiście jest ich tu całkiem sporo, ale najczęściej, zamiast wygrzewać się na słońcu, przesiadują na dnie rzek, jezior… Ponieważ dni są upalne, to wszystkim marzy się zanurzenie choćby stóp. Chęć kąpieli czasem przewyższa strach i każdego roku znajdują się śmiałkowie, którzy wskakują do wody. Niektórzy mają szczęście, inni już z niej nigdy nie wychodzą. By zmniejszyć liczbę osób zjedzonych przez krokodyle, a także by umożliwić turystom i mieszkańcom koegzystowanie z tymi drapieżnikami, nagłaśniana jest kampania “Stay Croc-wise” uświadamiająca przeciętnego Kowalskiego, jak zachowywać się i jakie miejsca omijać, by nie stać się kolejną kolacją. Informacje te są dostępne w postaci ulotek, plakatów i tablic informacyjnych. Każdy przewodnik turystyczny dotyczący Północnego Terytorium Australii zawiera też sporo informacji na ten temat. Nie wspominając o stronach internetowych promujących ten region. Mimo tak szerokiej kampanii niestety nadal wypadki zdarzają się i to często w miejscach oznakowanych wielkimi tabliczkami z podobiznami tych drapieżników.

My krokodyli wypatrywaliśmy przez cały długi tydzień. Spacerowaliśmy wzdłuż różnych rzek, nawet jedną (i to przez dwa dni!) płynęliśmy kajakiem (o spływie w niedalekiej przyszłości opowie Kuba). Bez skutku. Albo się poukrywały na dnie i nie były głodne, ale ich po prostu koło nas nie było. Ostatnią deską ratunku na wypatrzenie krokodyla był rejs zwany “Skaczące Krokodyle” (ang. Jumping Crocodile Cruise). Tego rodzaju wycieczki organizowane są głównie na rzece Adelaide, raptem godzinę drogi od Darwin. Z racji, że konkurencja jest spora, przewoźnicy dodają z reguły jakieś bonusy. Ten, którego my wybraliśmy oferuje (dla chętnych oczywiście) wzięcie w objęcia pytona. Dla bezpieczeństwa nie wolno przed spotkaniem użyć płynu na komary ani kremu. Lepiej nie drażnić węża, żeby przypadkiem nie przytulił się za mocno. Zaserwowaliśmy sobie taki rozgrzewający zastrzyk adrenaliny przed rozpoczęciem rejsu. Potem na ostudzenie emocji kubek kawy lub herbaty i ruszyliśmy. Koryto rzeki całkiem szerokie, ale woda mętna i brudna. Ciężko dostrzec cokolwiek, a już tymbardziej, jeśli się czai na samym dnie. Organizator, by wywabiać drapieżnika wiózł ze sobą całe wiadro ociekającego krwią mięcha. Przyczepiał kawałek do wędki a następnie taplał w tej żyburze. Nie minęło dużo czasu, a zauważyliśmy, że na horyzoncie coś się zarysowuje. Pytanie czy to kłoda, czy krokodyl… Cieżko rozróżnić, bo za wiele nie wystawało ponad powierzchnię. Jednak udało się: to wielki słonowodny krokodyl. Ciarki przechodzą na widok tego giganta. Jak dobrze, że tym razem płynęliśmy łódką, a nie kajakiem. Na przekór organizatorowi wycieczki, leniwa bestia nie miała najmniejszej ochoty, by łapać przekąskę w skoku. Po kilku okrążeniach i podejściach, krokodyl strzelił focha i odpłynął. Po chwili pojawił się jednak jeszcze raz. Tym razem wybił się spektakularnie w górę. O tym jak szybko i agresywnie potrafią się zachowywać krokodyle przekonał się kiedyś pewien mieszkaniec Darwin, którego zdjęcia krążą do dziś w Internecie, gazetach a nawet na pocztówkach. Będąc na łajbie, zauważył w oddali krokodyla i pochylił się w jego kierunku, by zrobić sobie z nim zdjęcie. Zdjęcie wygląda tak:

Krokodylowi tymczasem więcej niż na “sweet-foci” zależało na ciepłym posiłku i w ułamkach sekundy wybił się w stronę łajby. O mały włos a model zostałby przemielony na spagetti.

My skaczące krokodyle obserwowaliśmy z bezpiecznej odległości. Przewodnik radiowym głosem opowiadał ciekawe historie i wskazywał w oddali wszelkie zwierzaki, które udało mu się czujnym okiem wypatrzyć. Przed rejsem zatrzymaliśmy się w pobliskim “Window on the Wetlands” – punkcie informacji turystcznej, gdzie ciekawa wystawa multimedialna prezentuje faunę i florę charakterystyczną dla Terytorium Północnego. Bogaci w tę wiedzę wraz z przewodnikiem zgadywaliśmy co to za ptaki spacerują wzdłuż brzegu.

A jakby było nam wrażeń mało, przewodnik rejsu na koniec zrobił nam niespodziankę rodem z Harrego Pottera. Zachęcone zapachem surowego mięsa w kierunku łajbki zleciały się drapieżne ptaszyska! Łapały w locie rzucane w ich kierunku kawałki, zataczały nad nami koła i wracały po więcej.

Na zakończenie pozostaje jeszcze dodać kilka słów o samym Darwin. Miasteczko samo w sobie nie ma zbyt wiele do zaoferowania. Centrum wypełnione jest tanimi backpackersami i knajpkami. Kawałek dalej jest przyjemny park ze sztucznym jeziorem Alexander, który przyciąga miłośników joggingu, rowerów i piknikowania. My spędziliśmy tam ładnych parę godzin na barbeque z prosiakiem w roli głównej. Pojedlim, popilim.. a następnie ruszyliśmy w dalszą podróż, na Wielką Rafę Koralową.

25 Jan

W królestwie termitów

Park Narodowy Litchfielda, choć położony bliżej Darwin i bardziej skondensowany niż Park Kakadu (między jednym a drugim wodospadem nie ma 3 godzin jazdy samochodem a raptem pół godzinki), był przez wiele lat niedoceniany i niezauważany przez turystów. Niestety na dzień dzisiejszy o “prywatnym” zwiedzaniu parku można już zapomnieć. W oczkach wodnych i pod wodospadami wysiadują grupki wagabundów i miejscowych. W Australii turystów można podzielić na dwie grupy wiekowe. Pierwsza składa się z dwudziesto- i trzydziestoparolatków. Tu dominują Niemcy i Francuzi, choć można spotkać też przedstawicieli innych krajów europejskich czy obu Ameryk. Druga grupa – równie liczna – to australijscy emeryci, którzy korzystają ze zbieranych pieczołowicie oszczędności. Typowy Ozi-emeryta kupuje wygodnego campervana i znajduje bogatego lokatora, któremu wynajmuje dom. Za opłaty za najem płaci nie tylko czynsz, ale też starcza mu na podróżowanie wzdłuż i wszerz Australii. Podczas naszych wycieczek często zdarza nam się rozmawiać z napotkanymi podróżnikami. Dzielą się z chęcią wspaniałymi opowieściami i radami. My w nasze dwutygodniowe urlopy kondensujemy moc atrakcji turystycznych. Bo tyle jest pięknych miejsc, gdzie chciałoby się pojechać i tyle rzeczy zrobić. Ilość punktów “must-see” & “must-do” w planie podróży ogranicza nasze możliwości spontanicznego modyfikowania programu. Bo za x dni za x tys km trzeba być już z powrotem przy biurku w pracy. Ale za to zbieramy bazę destynacji podróży, gdzie chcielibyśmy wrócić, pobyć dłużej, zobaczyć więcej. Niekoniecznie sami. Ciągle liczymy na odwiedziny zza wielkiej wody:-)

Top End z parkami Kakadu i Litchfield są jednym z miejsc, gdzie moglibyśmy wrócić. Ten drugi nie tylko kusi pięknymi wodospadami, ma też do zaoferowania coś unikatowego – termitiery magnetyczne, które zobaczyć można tylko i wyłącznie na północnych krańcach Australii. Udało nam się załapać na oglądanie kopców termitów w towarzystwie pani przewodnik. Dzięki temu dowiedzieliśmy się całkiem sporo na ich temat. A oto kilka mniej lub bardziej fascynujących informacji:

– termity nie przepadają za światłem dziennym, dlatego najczęściej opuszczają swe kopce po zmroku. Choć można je czasem zobaczyć w przyciemnionych pomieszczeniach za dnia.
– termity często mylone są z mrówkami, a nawet ze względu na swoje podobieństwo często mylnie nazywane są “białymi mrówkami”. Nie tylko nie są one spokrewnione, a wręcz są swoimi wrogami numer jeden
– wrogie mrówki wkradają się czasem do środka termitier. Metody obronne termitów są jednak bardzo wyrafinowane. Zamiast walczyć z “włamywaczami”, termity opluwają mrówki, przez co zaczynają one pachnieć jakby same były termitami. Powrót do mrowiska to dla nich wyrok śmierci wykonany przez własnych braci, którzy myśląc, że zakradł się wróg-termit, zabijają swojego własnego posłańca.
– termitiery magnetyczne swoim wyglądem przypominają nagrobki, a pole z kopcami jak cmentarzysko. Dzięki tej charakterystycznej budowie kopce regulują ciepło. Część południowa jest ogrzewana o poranku, część zachodnia – po południu. Natomiast w środku dnia, gdy panuje najgorszy upał, ogrzewana jest tylko cienka górna powierzchnia.
– budowa termitiery magnetycznej to wyścig z czasem. W Północnej Australii pora deszczowa jest bardzo dokuczliwa. Tereny, na których budowane są kopce znajdują się pod wodą przez większość roku. A to oznacza, że na wybudowanie nowego kopca termity mają raptem 3-4 miesiące. W tym czasie kopiec musi urosnąć z dobre 30cm ponad powierzchnię, tak by sięgać ponad poziom wody. Nie ma wygody odwlekania terminu zakończenia budowy.
– ziemia, drewno i własne odchody to budulec termitier
– miliony korytarzy jakie są wytyczone w kopcu katedralnym ciągną się nieraz też głęboko pod ziemią. Nie dotyczy to jednak termitier magnetycznych, gdyż te w porze deszczowej są regularnie podtapiane a życie tu toczy się na czubku wystyjącym ponad taflę wody)
– termity to bardzo pedantyczne stworzenia, które na bieżąco skrupulatnie dbają o swoje królestwo. Jeśli tylko kawałek kopca się ukruszy czy pęknie, natychmiast biorą się za jego naprawę. Można dzięki temu poznać, czy kopiec jest jeszcze żywy. Jeśli wygląda na zaniedbany, a po kopcu chodzą mrówki, oznacza to, że kopiec jest już tylko cmentarzyskiem – pamiątką po dawnym termitowym królestwie.
– wielkie termitiery katedralne sięgają nawet ponad 6 metrów i stanowią dom dla ponad miliona termitów. Kopce te budowane są na terenach położonych na tyle wysoko, że prawdopodobieństwo podtopień jest niewielkie.
– większość mieszkańców termitiery to termity-robotnicy, małe, przeźroczysto-białe, nieuskrzydlone i ślepe insekty. Oprócz nich w koloni znajdują się też termity-żołnierze o powiększonych głowach, które bronią koloni przed napastnikami. To one właśnie opluwają niechcianych gości. Żołnierze podobnie jak robotnicy są zupełnie ślepe i nieuskrzydlone i nie mogą się rozmnażać. Na czele koloni stoją król i królowa, którzy jako jedyni w całym królestwie są płodni. Królowa wyróżnia się tym, że ma w pełni rozwinięty wzrok. Dziennie składa aż 30 000 jaj. Tak długo jak kolonia posiada królową, kopiec rozwija się i żyje. Wraz ze śmiercią ostatniej królowej, kolonia umiera.

Takie to ciekawostki przekazywała nam pani przewodnik spacerując wokoło gigantycznych termitier katedralnych i po platformie nad polem termitier magnetycznych. Po godzinnym wykładzie w czterdziestostopniowym upale czym prędzej popędziliśmy dalej szukać ochłody w wodospadach…