17 Mar

Zrobieni w balona

Canberra jest jedną z najnudniejszych stolic świata (a przynajmniej tej jego części) jaką w życiu widziałam. Miasto-widmo rozciąga się na ogromnej przestrzeni. Szerokie wielopasmowe ulice, szerokie chodniki, sztuczne jezioro przelewające się przez centrum miasta o powierzchni bagatela 183,5 km2. Zarówno Australijczycy jak i obcokrajowcy niechętnie decydują się na życie w Canberrze. Nie chcą sami z siebie przyjeżdżać, to trzeba ich zachęcać. By wypromować miasto i ściągnąć do niego ludzi (przejazdem i na stałe), pracodawcy i urząd miasta robią co mogą. Ci pierwsi oferują wyższe zarobki, a Ci drudzy – regularnie organizują różnorodne festiwale pozwalające na ciekawe spędzenie kilku dni w stolicy. Najbardziej spektakularny, a zarazem oryginalny to Canberra Balloon Spectacular – uznawany za jeden z czołowych festiwali baloniarskich na świecie. Już sam widok ogromnych balonów wyrastających nad naszymi głowami robi niepowtarzalne wrażenie, a do tego każdego roku w wydarzeniu bierze udział kilka balonów o oryginalnych kształtach. W tym roku królowały kangury oraz bóbr „Bud E. Beaver”.

Jako uzupełnienie wczesnoporannego programu, na wieczór uaktywniał się inny festiwal – „Canberra Enlighten”. Nie bez powodu kojarzył nam się z naszą “Nocą muzeów”. Większość muzeów otworzyła swoje podwoje na nocnych marków. Zwiedzający mieli do wyboru przejrzenie różnych wystaw czy wzięcie udziału w przedstawieniach teatralnych. Nam najbardziej przypadło do gustu centrum nauki i techniki Questacon, gdzie można było spróbować sił, by rozwikłać różne zagadki matematyczne oraz obejrzeć naukowców eksperymentujących na żywo. Tutaj też w zabawnym przedstawieniu losy Alvina Sputnika przedstawiał perski aktor (czyt. aktor z Perth).

Po zmroku budynki rozbłysły malowane światłem. Kolorowe iluminacje zabarwiły ściany muzeów, starego parlamentu i biblioteki narodowej. Może nie były to tak zaawansowane animacje jak te, które oglądaliśmy zimą w Sydney, ale i tak niektóre z nich robiły świetne wrażenie.
A pomiędzy barwnymi budynkami na żywo koncert dawały różne miejscowe zespoły. Po zmroku wypełzły też paskudne pająki i robaki, które łasiły się do zwiedzających… agh. Dla uwieńczenia aktywnego dnia wybraliśmy się też do biblioteki narodowej… na silent disco:-)

Miasto ma też swoje stałe atrakcje, jak choćby parlament, mauzoleum pamięci narodowej (Australian War Memorial), ogrody botaniczne, zoo. Niestety dystanse pomiędzy różnymi ciekawymi miejscami są przerażające i bez środka lokomocji (samochód, autobus, rower) nie da się de facto normalnie funkcjonować. Dlatego też spotkanie osób przemieszczających się pieszo w Canberrze jest ogromną rzadkością. Za to nie brak rowerzystów ani ścieżek rowerowych!!! My początkowo staraliśmy się przemieszczać pieszo. Na szczęście większość terenu miasta jest płaska (w przeciwieństwie do pagórkowatego Sydney). Problem w tym, że między punktem A a punktem B nie ma dosłownie nic. Idzie się i idzie, po drodze mijamy opustoszałe domy, opustoszałe ulice, opustoszałe sklepy i kawiarenki. A przecież zwiedzaliśmy Canberrę w warunkach, gdy wydawałoby się, że powinna tętnić życiem. Pierwszy raz podczas naszej wielkiej grudniowej wyprawy, a teraz w marcu podczas weekendu wypełnionego festiwalami! Trzeba jednak przyznać, że jest to niezwykle zielone miasto. Wokoło jeziora jest pięknie zadbany pas zieleni, który daje ochłodę pędzącym rowerzystom czy uprawiającym jogging. A jednych i drugich akurat tu nie brak. Wydaje się wręcz, że każdy mieszkaniec, niezależnie od wieku i wagi, dba o kondycję. Tak jak w Sydney nie brakuje też PT (czy. piti – personal trainer), którzy koordynują starania o zrzucenie zbędnych kilogramów co okrąglejszych Australijczyków. Zielono też jest dookoła miasta, które otoczone jest wzgórzami gęsto porośniętymi lasami eukaliptusowymi. Najbliżej miasta znajduje się Czarna Góra (Black Mountain), na której szczycie znajduje się popularna wieża widokowa. Na wschód od niej można zwiedzić ogrody botaniczne, gdzie każdego dnia o 11.00 i 14.00 ruszają darmowe wycieczki z przewodnikiem. My trafiliśmy na wielkiego pasjonatę, który z werwą opowiadał nam o australijskiej florze. Dla równowagi, o faunie z kolei więcej dowiedzieliśmy się w położonym na zachód zoo. Zoo okazało się malutkie (przynajmniej w porównaniu z poznańskim nowym zoo). Po 2 dniach intensywnego chodzenia i przemierzania niezliczonych kilometrów, przyjęliśmy z ulgą fakt, że ogród ten był tak skondensowany. Dla ciekawskich organizowane też były co pół godziny prezentacje o różnych zwierzakach. My załapaliśmy się na jedną z nich – o żyrafach. I muszę przyznać, że był to bardzo ciekawy wykład. Bo np. czy wiecie że…

… żyrafy śpią dziennie 1 godzinę!!! I to w krótkich 15-30 sekundowych sesjach, które łącznie sumują się zusammen do kupy w 60 minut

… żyrafy jedzą przez 20 godzin na dobę:-)

… mają język koloru niebieskiego, gdyż wystawiają go co chwilę na słońce (sięgając po siano czy marchewki). Ciemnoniebieski kolor chroni przed oparzeniami słonecznymi (głupio byłoby sobie spalić język od słońca)

… język żyrafy ma ok. 40cm długości dzięki czemu mogą sięgać jeszcze dalej (jakby im szyji zabrakło)

By przedstawić Wam widokówki australijskiej stolicy, wrzucamy kilka zdjęć:

16 Jan

W samym sercu australijskiego outbacku

Nasze grudniowe wakacje rozpoczęliśmy od ikony czerwonego kontynentu – Uluru (Ayers Rock). By się tam dostać, można było jechać przez kilka dni przez stepy i pustynie (z Sydney to raptem 3000 km). My z racji, że urlopu wzięliśmy tylko niecałe 3 tygodnie a w harmonogramie zawarliśmy całą masę atrakcji, zdecydowaliśmy się na przelot samolotem w kierunku lotniska Connellan, znajdującego się rzut beretem od czerwonej skały.

mapa Uluru

Dla Aborygenów góra Uluru jest miejscem świętym i by uszanować ich wierzenia turyści są proszeni, by nie wspinać się na nią ani nie fotografować niektórych jej fragmentów. Dlatego też i my wybraliśmy się na spacer wokół skały. The Rock przez wiele lat uznawana była za największy monolit na świecie. Najnowsze badania wskazują jednak, że nie jest ani największym ani nawet monolitem. Stanowi ponoć część formacji skalnej wraz ze znajdującymi się nieopodal Olgami (Kata Tjuta) i Mount Connor. Pomijając te drobne nieścisłości podważyć się nie da, że Uluru wyglądała i wygląda imponująco. Ogromna skała, mieniąca się różnymi odcieniami czerwieni, które w cieniu wpadały w brunatne brązy a w słońcu kłuły w oczy miedzianymi refleksami, tak niesamowicie kontrastującymi z błękitem nieba. Udało nam się też podejrzeć Uluru podczas pochmurnego zachodu, który zabarwił górę na fioletowo oraz podczas pięknego wschodu. Tu dla odmiany przybrała szaty jaskrawo pomarańczowe. Do tego sama powierzchnia góry też zaskakiwała różnorodnością.. W niektórych miejscach jakby złuszczona, w innych gładka, jeszcze indziej przypominała harmonijkę. Dookoła roztacza się step szeroki [którego okiem nawet sokolim nie zmierzysz…] W porze suchej, gdy step zamienia się w czerwoną pustynię, musi tu być niesamowicie. W ostatnim okresie zdarzały się opady deszczu i dlatego podczas naszej wizyty krajobraz urozmaicały soczyściezielone krzewy i trawy (tzw. desert saltbush).
A oto kilka ujęć tej niezwykłej góry…

14 Dec

ROAD TRIP

[pro-player]http://www.youtube.com/watch?v=82n1PX1hVEY&sns=fb[/pro-player]

Nadszedl sądny dzień…
Siedzimy na lotnisku w Sydney (dla odmiany domestic) i papy nam sie śmieją na myśl o podróży jaka właśnie się przed nami maluje. Po roku tkwienia na wybrzeżu ruszamy wgłąb kontynentu, gdzie ziemia czerwona, opita krwią pierwszych jej odkrywców, a zachody słońca ogniste jak szalejące tu pożary buszu (mam nadzieję, że odróżnimy jedno od drugiego 😉 )
Anyway…
Przed nami cztery stany, prawie 3 tygodnie tułaczki, ponad 5000 kilometrów. Do pokonania bezkresne pustynie, rozległe stepy, serpentyny górskich szos, skalne urwiska i dzikie chordy kangurów, wombatów rzucających się pod koła w desperackim akcie samobójczym.
Dzikie zwierzęta są jednak niczym w porównaniu do watah niemieckich i francuskich backpackersów osuszających lokalne studnie i puby.

Nic to! W drogę ruszać nam pora.
Trzymajcie kciuki za powodzenie tej wyprawy. Naszymi Sancho Pansami w walce z wiatrakami codzienności będą znani w niektòrych kręgach Ewa&Szymon O. Ten drugi nałykał się właśnie jakichś tabletek (dzięki.temu mniej mu sie już jakoś ręce trzęsą), miej więc nas Boże w swojej opiece!

Bez odbioru…