24 Sep

Czy ktoś widział dziub dziuba?

Czy to fruwa czy lata?
Czy ma dzioba czy dziub?
Jak wygląda dziub-dziub?

Jednym z moich ulubionych zajęć podczas wypraw czy weekendowych czy urlopowych, jest wypatrywanie w naturze australijskich zwierzaków. Udało nam się do tej pory “upolować” koale, kangury, emu, kolczatki, lyrogony, kukabury… Tym razem za cel wzięliśmy sobie dziobaka. Wiedzieliśmy, że nie będzie łatwo. Dziobaki są zwierzętami nocnymi (choć ponoć czasem zdarza im się być aktywnym za dnia, zwłaszcza w dni pochmurne). Najbardziej prawdopodobne jest zauważenie dziobaka z samego rana, skoro świt, ewentualnie można próbować tuż przed zmierzchem. Trzeba też wiedzieć, gdzie ich szukać. Czytając opisy ciekawych miejsc w północnym Queensland, natrafiliśmy na historię kolegi Michała Kozoka. Zgodnie z jego wskazówkami odwiedziliśmy przepiękny park narodowy Eungella, przez który przepływa rzeka Broken River. To w niej właśnie w godzinach wczesno-porannych można obserwować dziobaka (ang. platypus). To niesamowite zwierzę, podobnie jak kolczatka (ang. echidna), jest jajorodnym ssakiem. Dziobak prowadzi częściowo wodny tryb życia i spotkać go można tylko i wyłącznie we wschodnich stanach Australii, od Queensland aż po Tasmanię. Zamieszkuje niewielkie strumienie lub rzeki, na których brzegach dziobaki kopią tunele. To tutaj za dnia odpoczywają, a samice składają jaja.

Platypus burrow

Park Eungella oczarował nas swoją lokalizacją. Położony jest bowiem na wysokości 686m. n.p.m. i u stóp rozpościera się przepiękna Pioneer Valley. Rozbiliśmy swój namiot tuż na skraju z widokiem na tę niesamowitą dolinę. Jak to w Australii zmrok zapadł w mgnieniu oka i nad nami wyłoniły się miliony gwiazd. Bezchmurne gwieździste niebo. Na dole w dolinie imitując odbicie nieba pozapalały się światła w domach i latarnie miasteczka Finch Hatton. Camping Explorer’s Haven oferuje moim zdaniem najlepszą miejscówę w całej Australii. Na polu campingowym oprócz nas było jeszcze kilka innych rodzin/grupek. Mimo to miałam trochę wrażenie, że jesteśmy jak Mały Książę siedzący na szczycie planety…

Little Prince Eungella

Nocą po dolinie niosły się odgłosy cykad. Nad ranem za to, by dopełnić magię tego miejsca przy śniadaniu towarzyszyła nam śmieszka kukabura. Park Eungella jest zdecydowanie jednym z najbardziej spektakularnych parków w Queensland, gdzie szczyty gór giną w gęstych chmurach, a bujny las tropikalny oferuje kilka ciekawych szlaków pieszych.

24 Jun

Wyspa Magnetyczna, Wielkie Mango i wrota do Whitsunday

Pora deszczowa dała nam do wiwatu – strumienie wody zalewały nas odkąd dotarliśmy do miasteczka Mission Beach. Gruba warstwa deszczowych chmur konsekwentnie blokowała słońce. Krótki spacer po plaży w trakcie między jedną ulewą a drugą musiał nam wystarczyć. Na więcej wrażeń z Mission Beach nie mieliśmy warunków ani ochoty. Licząc na poprawę pogody, ruszyliśmy dalej na południe. Przystanek zrobiliśmy sobie dopiero w Townsville. To jedno z większych miast w północnej części Queensland, gdzie ponoć mieszka prawie 200 000 ludzi. Nie wiem, czy to przez pogodę czy przez sezon urlopowy, a może jedno i drugie, ale przemierzając miasto jego głównymi ulicami, natknęliśmy się na raptem kilka grupek ludzi. Z burczącymi żołądkami bezskutecznie szukaliśmy jakiejś otwartej knajpki. I tu wskazówka dla podróżujących poprzez australijskie miasteczka: między 14.30 a 18.00 restauracje są zamknięte i jedyne na co można liczyć to fast foody/supermarkety. W dużych miastach, jak Sydney czy Melbourne, bez problemu znajdzie się dobrą knajpę, jednak w małych miejscowościach obowiązuje ‘sjesta’. Deszczowa pogoda nie dawała za wygraną. Townsville jak każde inne miasto w deszczu, wyglądało szaro i nie zachęcało do dalszego eksplorowania. Zapakowaliśmy się zatem na prom, który przeniósł nas ze świata betonowej dżungli na zieloną Magnetyczną Wyspę.
Wyspa Magnetyczna
Wyspa została ochrzczona “magnetyczną” podczas podróży kapitana Cooka, który w XVIII wieku zbliżając się do niej, zaobserwował dziwne zachowanie kompasu, które zinterpretował jako wynik magnetycznych właściwości wyspy. Nigdy więcej anomalie te nie zostały potwierdzone, nazwa jednak pozostała. Dziś jej magnetyzm objawia się w nieco inny sposób – piękny zielony kleks otoczony lazurem wody wabi i przyciąga licznych turystów.
Zwiedzanie wyspy rozpoczęliśmy od Horseshoe Bay. Tam wynajęliśmy bungalow zaszyty w tropikalnej gęstwinie. Warunki noclegowe przypominały nam wakacje na Fidżi. Drewniany domek o spadzistym dachu przylegający do ściany lasu. W dzień dotrzymywały nam towarzystwa kolorowe papugi, wieczorem – niezliczone, bliżej niezidentyfikowane stwory wyjące, kwiczące, skomlące, gdakające i piejące. Drewniany domek, w którym nocowaliśmy, zdawał się być oblężony. Aż się skóra jeżyła na ciele. Po pierwszym antrakcie swoje trzy grosze wtrąciły żaby. Musiało ich być na wyspie całkiem sporo, gdyż rechot był potężny. Ciekawe jak inne oblicze ma Wyspa Magnetyczna po zmroku. W ciągu dnia zwierzaki tak już nie rzucają się w oczy ani w uszy. No chyba, że wie się, gdzie ich szukać. My podpowiedź dostaliśmy zajadając pyszną pizzę (jak dotąd najlepszą jaką jedliśmy w Australii:-)). Prowadzoną przez żywiołowych Włochów pizzerię w Arcadia Bay/ Geoffrey Bay warto odwiedzić nie tylko z powodu serwowanych w niej pyszności. Dosłownie tuż za rogiem znajduje się opuszczona przystań, dawne miejsce lądowania promu z Townsville. Zacienioną wiatę przystankową upodobało sobie stado kangurów skalnych (Rock Wallabies). Mimo iż dzikie, przyzwyczaiły się do ludzi i pozwalają się dokarmiać, a nawet głaskać.

Kolejnym punktem programu podróży było Bowen. Zapadł zmrok, a po krótkim poszukiwaniu noclegu jedna z małych plaż okazała się najlepszą opcją. Szmer morza, ciepły wiatr i gwieździste niebo. Czego więcej trzeba?:-) Bowen, podobnie jak Magnetic Island przeżywało inwazję żab. Aż strach było chodzić w ciemnościach; niemalże każdy krok wzbudzał nową falę skaczących żab. Rano obudziliśmy się z pięknymi czarnymi kakadu nad głowami. Śniadanie na plaży umilił nam napotkany staruszek, który zasypał nas milionem zagadek i łamigłówek. Poranną gimnastykę (umysłu) dopełniliśmy ćwiczeniami fizycznymi – wspinaczką na pobliski punkt widokowy.
Pamiętacie może “Wielkiego Kraba” i serię “The Big Things”? W Bowen znajduje się Wielkie Mango:-) Wielka mi rzecz! …ale z listy odhaczone:-)

Dotarliśmy do wrót słynnych wysp Whitsunday – miejscowości Airlie Beach. Oczarowani widokówkami z wysp z lotu ptaka próbowaliśmy załapać się na jeden z lotów widokowych nad rafą z jej perełkami. Jednak wychłostani deszczem przez ostatnie kilka dni backpackersi sprzątnęli nam wszystkie rejsy sprzed nosa. Jeszcze tu wrócimy. Dlaczego? Bo czegoś TAKIEGO nie chcemy przegapić:

[pro-player]http://www.youtube.com/watch?v=gJX4ogEbkjQ[/pro-player]

10 Jun

Na szagę przez Queensland

Czas najwyższy bliżej zapoznać się z najbardziej turystycznym regionem Australii – Queensland. Piękne plaże i rafa przyciągają tu masy turystów, a zatem i na nas pora. Queensland to północno-wschodnia część Australii. Z lewej strony otacza ją gorący, czerwony outback, z prawej – Wielka Rafa Koralowa. Nasza podróż obejmowała pas atrakcji między Cairns a Brisbane, czyli trzymaliśmy się blisko wody. Na początek przebrnęliśmy przez płaskowyż Atherton. Przygotowując się do wyprawy, wyczytaliśmy, że miejsce to słynie z ogromnych drzew figowych a także licznych wodospadów i jezior. Palcem po mapie wytyczyliśmy trasę i z grubsza się jej trzymając natrafiliśmy na gigantyczne 500-letnie katedralne drzewo figowe (ang. Cathedral Fig Tree). Długie korzenie opadają tworząc unikatową kurtynę. Iście teatralną. Dzień był upalny, tym przyjemniej było schować się na chwilę w głębokim cieniu tego niesamowitego drzewa. Dalsze atrakcje też z resztą udało się dobrać tak, by dostarczały nam odrobinę ochłody. Objechaliśmy kilka jezior kraterowych obleganych przez wczasowiczów oczarowanych ich szmaragdową barwą. Przejechaliśmy się też wzdłuż pętli wodospadów (ang. Waterfall Circuit).
Wodospady wypadły raczej blado w porównaniu do tych, które oglądaliśmy w Górach Błękitnych czy Terytorium Północnym.

Atherton Tablelands Map

W miejscowości Yungaburra zatrzymaliśmy się na dobry europejski posiłek. Knajpkę prowadzi sympatyczny Węgier mówiący po polsku. Wiadomo – Polak, Węgier – dwa bratanki. :-)
Na płaskowyż Atherton jeszcze wrócimy. Zostało sporo wodospadów, które chcielibyśmy zobaczyć oraz oryginalne Curtain Fig Tree.