6 Aug

palcem po mapie

Plan kolejnej wyprawy (tym razem na północ) już się coraz wyraźniej zarysowuje. Więc podsumowując temat “Road Trip 2011″, oto mapka z naszych poprzednich wakacji.

20 Jul

Long story short….

Serpentyny nadmorskie porzuciliśmy na chwilę na rzecz serpentyn górskich. Powolutku, pomalutku wspięliśmy się do miejscowości Thredbo położonej w Górach Śnieżnych. Tą zakręconą drogą kursują regularnie autobusy pasażerskie. Przy jednym z niebezpiecznych odcinków znajduje się pomnik ku czci kierowcy, który pracował na tej trasie przez 28 lat, do czasu, gdy zginął wykonując swoje obowiązki. Doturlaliśmy się do Thredbo, skąd następnego dnia ruszyliśmy na podbój najwyższego szczytu w Australii – Góry Kościuszko (czyt. Kozjosko). Chodzenie po górach nauczyło nas jak się do takich wypraw przygotowywać. Porządne buty, bluza, kurtka na wypadek zmiany pogody, zapas wody i prowiantu. Tak więc i tym razem podeszliśmy do wyprawy poważnie. Ku naszemu zdziwieniu na trasie mijaliśmy Australijczyków w ich ukochanych klapkach, szortach i t-shirtach (dotyczy również australijskich rodzin z małymi dziećmi!). Z doświadczenia wiedzieliśmy już, że możemy liczyć na świetnie oznakowaną trasę i mapa nie jest nam potrzebna (choć i tak jakąś na wszelki wypadek mieliśmy). Szlak na Górę Kościuszki rzeczywiście przerósł nasze oczekiwania. Na całości drogi położony był chodnik (metalowa kratownica na nóżkach unoszących ją kilka-kilkadziesiąt centymetrów nad ziemią, tak by woda swobodnie przelewała się poniżej, gdy topnieją śniegi i by turyści suchą stopą obutą w klapek mogli dotrzeć na szczyt). Nie było potrzeby skakania na skałach, uważania, by źle nie stąpnąć, czy unikania poślizgu na błocie. Dotarcie na 2228 m n.p.m. de facto nie wymagało żadnego fizycznego przygotowania. Nie dziwi więc, że na taki spacer wybierały się rodziny z małymi dziećmi i osoby starsze. Veni, Vidi, Vici…. Mt Koziosko zaliczone:-) Co więcej nawet śnieg widzieliśmy i dotknęliśmy, a to koniec grudnia był, czyli najgorętszy okres w roku. Ku naszemu wielkiemu zdziwieniu w nocy temperatura spadła do zera i rano trzeba było szyby w aucie skrobać. Ha! Taką nam zrobiła niespodziankę Matka Natura w samym środku lata.

Z Gór Śnieżnych ruszyliśmy do Canberry, a następnie zaliczyliśmy kąpiele słoneczne w Batesman Bay i Jervis Bay, które słynie z plaż z najbielszym piaskiem na świecie. Plaże rzeczywiście urokliwie. Biel piasku cudnie odcina się od lazuru morza (w szczególności w tak piękne słoneczne dni jakie mieliśmy). Wygrzaliśmy się do oporu i ruszyliśmy w stronę zachodzącego słońca. Jeszcze tylko na chwilę zboczyliśmy w kierunku Kangaroo Valley, do której docierało się krętą górską drogą gęsto porośniętą drzewami paprociowym. Posililiśmy się w lokalnej knajpce i w ciemnościach grudniowej nocy z uśmiechami na buziach wróciliśmy do Sydney, do naszej “szarej” rzeczywistości.

8 Jul

Kierunek: Eden

Lakes Entrance w szczycie sezonu przypomina trochę nasze nadmorskie miejscowości. Ulice i plaże wypełnione grupkami wczasowiczów, kursującymi między plażą a knajpkami. Jego ogromną zaletą jest bliskość zarówno oceanu jak i krainy pięknych jezior Gippsland Lakes, po których australijskie rodziny żeglują z przyjemnością. Dużo rzadziej za to rzucają się w oczy backpackerskie campervany. Obcokrajowcy raczej trzymają się dzikich plaż z jeszcze bardziej dzikimi falami, gdzie mogą do woli surfować. Zaproponowano nam zwiedzanie Lakes Entrance na łajbie. Kursują kilka razy dziennie i zabierają turystów w różne zakątki. Nie wstrzeliliśmy się jednak w okienko czasowe, postanowiliśmy więc zwiedzić pobliski park z obiecująco brzmiącą trasą spacerową “cliff walk”. Park owszem, ładny, ale tak gęsto zarośnięty, że widok na jeziora i ocean nie były powalające. Punktem kulminacyjnym spaceru było spotkanie kolczatki (ang. echidna), która o dziwo okazała się hipstersko wyluzowana i nie przejęła się naszym towarzystwem. Wszystkie dotychczas napotkane kolczatki tuliły się w kulki ze strachu lub uciekały gdzie pieprz rośnie. Ta była wyjątkowa – nieskrępowanie prezentowała nam swoje talenty łowieckie zapuszczając długi nochal w ziemię w poszukiwaniu dżdżownic i innych smakołyków.

Następny przystanek robimy w Edenie, starej wielorybniczej przystani znanej obecnie z piękniej plaży i muzeum Orek (ang. Killer Whale). Orki przysługiwały się wielorybnikom alarmując ich głośnymi i efektowymi plaśnięciami ogonów, kiedy w pobliżu przepływał wieloryb. W zamian, po upolowaniu fiżbinowca, miały ułatwione zadanie mogąc oderwać płaty mięsa od osłabionego lub martwego już zwierzęcia (wieloryby były holowane do brzegu przy burcie statku).
Miasteczko pękało w szwach ledwo mogąc ugościć dzikie hordy wczasowiczów, jakie najechały je na tradycyjny dwutygodniowy świąteczny urlop.