9 Jan

Rowerem w stronę zatoki Mosman

No i stało się, co miało się stać – kupiliśmy rowery:)

U-a-ha!, rowery dwa:-) U-a-ha, górale… hmm, jednak piosenka nie do końca pasuje, bo po pierwsze kupiliśmy 3 rowery zamiast dwóch, a po drugie Aga ma górala, a Kuba treka:-) hehe, świat stanął na głowie, no ale przecież jesteśmy w Australii, czyli wszystko jest prawidłowo.
Tak więc Aga, wielka zagorzała zwolenniczka rowerów miejskich i trekkingowych, zakupiła górala, a Kuba – wielbiciel 26-calowych opon z terenowym bieżnikiem, ma dla odmiany trekkingową Konę, która nawet trochę przypomina Agi ukochanego Cube’a… No i na doczepkę, czarna smukła Kona ma przewygodną przyczepkę, a zatem możemy teraz szusować choćby i na koniec świata;-) ups, to już nasz przystanek, wysiadamy:)
Co do trzeciego roweru, to był z nami przez tydzień:-) dzielnie posłużył Kubie na swojej dziewiczej wyprawie do zatoki Mosman, która to stanowiła nasz drugi rowerowy cel:-) Pierwszym była Cronulla, o niej w kolejnym poście:-)

Zatoka Mosman znajduje się w północnej części Sydney, czyli aby się do niej dostać trzeba pokonać Harbour Bridge. Tak, wiemy, jest na większości naszych zdjęć… Niemniej, zdjęć z samego mostu jeszcze nie było więc czas najwyższy. Z perspektywy rowerowej wygląda zupełnie inaczej. Monumentalna konstrukcja robi jeszcze większe wrażenie, kiedy trzeba się na nią wdrapać. Co prawda nie wspinaliśmy się jeszcze na szczytowy punk łuku (bo kosztuje to majątek), ale już sam wjazd z poziomu lustra wody na wysokość kilkudziesięciu metrów, na jakiej znajduje się przeprawa jest nielada wyczynem. Aby zobrazować tę wysokość wystarczy rzec, że pod mostem bez problemu przepływają wielkie transoceaniczne wycieczkowce i wielopiętrowe kontenerowce bez problemu mieszcząc się pod dumnie wygiętym grzbietem.
Wycieczkę rozpoczęliśmy od zwiedzania obserwatorium, gdzie oprócz informacji o gwiazdach, planetach i przeróżnych przyrządach pozwalających na obserwację ciał niebieskich mogliśmy obejrzeć zestawienie fotografii różnych części Sydney sprzed lat i dziś.
Zaspokoiwszy swoją ciekawość na temat bezmiaru kosmosu, dosiedliśmy maszyn i ruszyliśmy na północ, w stronę North Sydney…

Sam most ma specjalnie wydzieloną ścieżkę dla rowerów. Po jednej stronie, z widokiem na operę i Circular Quay wloką się piesi pstrykając niezliczoną liczbę fotek, po drugiej, z widokiem wgłąb zatoki śmigają rowerzyści, którym widok ten już spowszedniał.
Cała droga rowerowa jest opłotowana i bardziej przypomina więzienny spacerniak ze zwięczeniami z drutu kolczastego i 24 godzinnym nadzorem video, o czym nie pozwalają zapomnieć tabliczki z ostrzeżeniami i zakazami zatrzymywania się.
Chwila, moment i już jesteśmy po drugiej stronie tęczy z lunaparkiem u swych stóp.

Ciągnie nas do wody, toteż staramy się trzymać jak najbliżej brzegu. A nie jest to rzecz łatwa. Skaliste zbocza wcinających się w zatokę półwyspów i cypli są okrutnie pagórkowate. Serpentyny wąskich uliczek oplatają posesje przystanie i plaże, a różnice poziomów na krótkich odcinkach nierzadko sięgają kilkunasu metrów. Nie trzeba dodawać jaki wpływ ma to na pedałowanie.
What comes up must come down i vice versa.
Wybrzeże zatoki Mosman jest jakie jest, a sprawy na pewno nie ułatwia wiele ślepych uliczek, które okazują się dojazdami do zamkniętych prywatnych posesji.

Droga trudna i wymagająca (jak Ci ludzie jeżdżą rano po bułki?;), ale co rusz to wyłaniające się malownicze zatoczki pełne żaglówek i egzotyczna, urzekająca flora motywowały do dalszego wysiłku.
Dokumentację podróży stanowi kilka fotek i dwa filmiki, jakie nakręciliśmy w trasie i umieszczamy poniżej…
[simpleviewer gallery_id=”12″ bgcolor=”ffffff” gallery_width =”100%” gallery_height =”800″]

Zjazd do przystani Mosman. Dojazd tam zabrał nam ponad godzinę. Promem z centrum można dopłynąć w 15 min. :) Ale takiego zjazdu się wówczas nie zaliczy.
[kaltura-widget uiconfid=”534″ entryid=”0_aj0xax64″ width=”600″ height=”480″ addpermission=”” editpermission=”” /]

Downhill do punktu docelowego – uroczej plaży tuż przy rezerwacie Sirius Cove z przepiękną panoramą na biznesowe centrum miasta. Kawałek dalej, po lewej stronie, mieści się ogród zoologiczny Taronga. Kiedyś też go odwiedzimy, to Wam pokażemy, a co! :)
Tymczasem przedsmak…
[kaltura-widget uiconfid=”534″ entryid=”0_z7pmfo27″ width=”600″ height=”480″ addpermission=”-1″ editpermission=”-1″ /]

Sydney ma całą masę takich właśnie niewielkich miejsc biwakowych, gdzie w sobotnie i niedzielne popołudnia całe rodziny urządzają barbecue, plażują, grają w krykieta czy rugby. Naprawdę warte zaimplementowania także w naszych warunkach. Dziwne, że trzeba przejechać pół świata, aby przekonać się jak niewiele potrzeba, trawka, drzewa, toalety, miejsce do grillowania, kilka ławeczek, dostęp do wody… I sielanka jak się patrzy! :)