9 Jul

Winter is coming.

Zima zapukała do australijskich drzwi. Temperatury spadły poniżej +20 stopni a dni skurczyły sie do krótkich 10 godzin. Sydney jak co roku wykorzystuje zimowe warunki do świętowania. Kilka tygodni temu gościliśmy kolejną edycję festiwalu światła Vivid Sydney, niestety nie tak spektakularną jak poprzednie. Wieczorami budynki w okolicy The Rocks, ze słynną Operą i Custom House na czele, stały sie tłem wspaniałych iluminacji i wideo-projekcji.
Środek europejskiego lata to półmetek australijskiej zimy. A co! To i tematyka wkoło zrobiła się zimowa – w State Theatre wystawiają musical “Snow White” (Królewna Śnieżka), w Darling Harbour oraz na plaży Bondi “wyrosły” tymczasowe lodowiska, których tafle lodu ogromnym nakładem energii utrzymywane są w temperaturze poniżej zera. Zabawa jak w Central Parku NY. Chyba… Nigdy nie byłem, ale pewnie tak to ma z grubsza wyglądać.
Winter Festival z kolei kusi specjałami, atrakcji co nie miara: zdjęcia z wielką śnieżką w Cockle Bay; zaczarowany śnieżny las ze sztucznymi białymi choinkami (“że-nu-ła”, ale nieźle wychodzi na zdjęciach) oraz nasz faworyt – show rżnięcia lodu piłą łańcuchową na żywo zwane “Ice Sculpturing”. Dwóch amerykańskich zapaleńców wzięło swoje niebezpieczne narzędzia i zaczęło rzeźbić w transparentnych taflach że aż miło patrzeć, kołysząc się przy tym w rytm tłustych beatów sączących się z rozkrzyczanych głośników. 20 minut i po zabawie. Machali piłami, szlifierkami, dłutami i całkiem sympatyczny eskimosek im wyszedł. Nawet dwa. Przez moment można się było poczuć jak na stoku w Szwajcarii, kiedy z armatek śnieżnych buchnęły w stronę publiczności postrzępione quasi-płatki śniegu. Szalały przez chwilę nad głowami i kończyły swój powietrzny taniec lądując na rozgrzanej dłoni błyskawicznie przepoczwarzając się z powrotem w bezkształtną drobinkę wody. Krótki ten żywot płatka śniegu…
Zupełnie jak tej australijskiej zimy. Już za miesiąc zacznie się robić cieplej. :)

6 May

Under down under. Hobart.

Hobart. Pewnie większość z Was kojarzy Hobart dzięki słynnym regatom Rolex Sydney Hobart Race ruszającym w Święta Bożego Narodzenia z Sydney. Ani razu nie udało nam się jeszcze obejrzeć początku tej imprezy, bo nigdy nie ma nas w Sydney o tej porze roku. Za to pierwszy raz załapaliśmy się na jej finał. Już drugiego dnia po rozpoczęciu regat rozpoczęliśmy wyczekiwanie w marinie w Hobart. Musieliśmy kilka razy wracać, by w końcu zobaczyć na własne oczy, jak się wygrywa Rolex Sydney-Hobart Race:-) No więc wygrywa się łatwo… wystarczy mieć największy żagiel i najnowocześniejszy kadłub. Spodziewaliśmy się zaciętej walki na mecie, a tu między uczestnikami były godziny a nawet dni różnicy. Zwyciężył (już po raz siódmy z resztą) Wild Oats XI, któremu nie udało się jednak pobić własnego rekordu z zeszłego roku (42h, 23m, 12s).
Przeanalizowaliśmy historię tego wydarzenia i tylko jeden jedyny raz w dziejach tej imprezy zdarzyło się, że na mecie toczyła się walka o wygraną. Natomiast walka z żywiołem w trakcie imprezy toczy się co roku – cieśnina Bassa żeglarzy nie rozpieszcza. Kilka razy potężne sztormy przerywały wydarzenie lub niemiłosiernie je wydłużały. Najczarniejsza karta w historii regat dotyczy edycji z 1998 roku, kiedy to ponad połowa jachtów nie ukończyła regat, 5 łodzi zatonęło, a 6 uczestników utonęło.
Tym razem największym problemem uczestników była flauta.

W ostatnim tygodniu grudnia Hobart gości jeszcze jedną popularną imprezę – Hobart Taste Festival – festiwal smaku. Dziesiątki lokalnych restauracji, producentów serów, wina, cydrów i piwowarów prezentuje swoje specjały w ramach festiwalu. Klientelę wielkiej wyżerki zabawiają street performerzy, akrobaci, komicy, a do kotleta (i kufla) przygrywają wieczorami tasmańskie zespoły.
Główna ulica Hobart w każdą sobotę zapełnia się straganami (Salamanca market). Targowisko trochę przypomina poznański Jarmark Świętojański lub sydnejskie “Markets on The Rocks”.

Będąc w Hobart naprawdę warto odwiedzić galerię sztuki Mona. Położona poza centrum miasta dostępna jest z wody (promy odchodzą z Mariny co godzinę) i z lądu (dojazd własnym autem). Sam budynek galerii wykuty w litej skale jest oryginalny w formie i absolutnie niekonwencjonalny. Każdy zwiedzający otrzymuje iPhone’a z aplikacją Mona. Eksplorując wystawę, w telefonie na bieżąco pokazuje się informacja o mijanych eksponatach – ich opisy, nagrane wywiady z autorami, czasami utwory muzyczne wybrane przez autora. Różnorodność form, barw, kształtów, materiałów, technik wykonania, multimedialności i interakcji dzieł sztuki jakie Mona zbiera pod jednym dachem do prawdy zaskakuje. Podobnie jak to, czym właściwie jest sztuka. A niejedno ma imię. Od starodawnych mumii po nowoczesne pokazy multimedialne.

Hobart wygodnie rozgościło się w zatoce u podnóża góry Wellington, która dosłownie króluje nad miastem. Jej strome zbocza znad pozimu wody wspinają się na imponujące 1271m. n.p.m. Panorama miasta podziwiana ze szczytu zapiera dech, oddychanie utrudniał nam tym bardziej wiatr wiejący z prędkością 100 km/h. Patrząc na Hobart z lotu ptaka, przykuwa uwagę most Tasmana, który łączy zachodnią i wschodnią część miasta. O kluczowym znaczeniu tego mostu mieszkańcy miasta przekonali się w 1975 roku, kiedy został on staranowany przez gigantyczny masowiec pod komendą naszego rodaka – kapitana Boleslawa Pelca. Kapitan Bolek (przejdźmy na ty) pływał na tej trasie przez wiele lat. Prawdopodobnie dlatego, w ramach wyjątku, pozwolono mu na przepłynięcie przez jedno z bocznych przęseł mostu zamiast, jak nakazuje locja pod najszerszym środkowym łukiem mostu. Zbyt silny prąd rzeki przy zbyt małej prędkości okrętu, spowodował utratę sterowności jednostki, która przestała reagować na polecenia z mostka. W wyniku wypadku 3 segmenty mostu, łącznie 127 metrów betonowej konstrukcji, zawaliły się spadając na statek i doprowadząjąc do jego zatopienia. Kilka jadących mostem aut spadło do wody. 12 osób, w tym 7 załogi zginęło w tym tragicznym wydarzeniu. Wschodnia część miasta została odcięta, a dotarcie z nich do centrum oraz znajdujących się tu szpitali, szkół, miejsc pracy wydłużyło się o 1.5h!
Sąd morski uznał winę kapitana Pelca i w ramach kary za spowodowanie katastrofy w ruchu morskim zawiesił mu licencję na 6 miesięcy (żart?).

Będąc w Hobart warto wybrać się też na spacer wśród szczytów drzew – Tahune AirWalk. Platformy położone na wysokości od 25m. do 45m. nad ziemią pozwalają docenić potęgę kilkusetletnich drzew. Narkomanom szukającym zastrzyków adrenaliny, gorąco polecamy spacer po lesie (chwila ukojenia), by w ramach niego pokołysać się na dwóch kilkudziesięciometrowych wiszących mostach na których (i tu uwaga!) można się huśtać do woli (stąd nazwa “swing bridge”). Kołyska na moście linowym zawieszonym nad rwącą rzeką to świetne ćwiczenie dla błędnika – bomba, kto nie próbował ten trąba! :-)

15 Apr

Między ustami a brzegiem pucharu…

…wiele się może wydarzyć.
Nie często zaglądamy do kieliszka. Ale jak już się nam zdarzy, to raczej do takiego z białym winem lub – jak teraz – do tasmańskiego. :)
Wineglass Bay to magiczne miejsce na wschodnim wybrzeżu Tasmanii, gdzie woda jest niebieska, a plaża długa, pusta, piaszczysta, skrząca się krzemem pod stopami. Dojście do niej dla niektórych może jednak stanowić spore wyzwanie. Półtorakilometrowa wspinaczka na punkt widokowy dla przeciętnego piechura to raczej pestka, ale przy 200-metrowej różnicy poziomów po drodze mija się sporo dyszących, sapiących, ociekających potem turystów zawiedzionych brakiem podjazdu i parkingu przy samym lookoucie.
Jednak widok z tarasu widokowego na Wineglass Bay z nawiązką rekompensuje podjęty wysiłek. W tym miejscu ponad połowa zwiedzających po rytualnym strzeleniu słitfoci na fejsa czuje się na tyle usatysfakcjonowana, że wraca tą samą trasą na parking. Reszta testuje swoje kolana na stromej, wyboistej, skalnej ścieżce w dół, na plażę. I według nas dopiero tutaj czuje się prawdziwą satysfakcję. I luz-blues. Sielankowa plaża, z sielankową wodą, cichutkim szmerem fal, osłonięta od wiatru i skąpana w słońcu przyciąga jak magnes i jak on nie pozwala się od siebie oddalić. Siedzieliśmy dobrą godzinę, jak te dwie metalowe kuleczki nie mogąc wyrwać się z pola jej oddziaływania, ba! – nawet podnieść się z piasku (Magnetic Island? 😉 ). Z wielkim wysiłkiem podźwignęliśmy się i ruszyliśmy z powrotem. Okrężną drogą. Tutaj to już nie było ni-ko-go. No bo i po co nadkładać 8 kilometrów przez Hazards Beach, skoro można wrócić tą samą trasą? My zawsze nadkładamy. I nie żałujemy.:)
Wineglass Bay z kolei gorąco polecamy. Oto dlaczego: